Do tej pory w lekki szok wprawia mnie wrażenie, że ludzie zdają się mnie lubić. Poznałam (i nie zanosi się na to, że to już koniec) całkiem sporo ludzi, którzy optymistycznie i pozytywnie zareagowali na moją osobę. Co dziwnego, również z mojej strony - choć w znacznie mniejszej ilości - szło sie dopatrzeć szczerych uśmiechów i ciepłych uczuć. Być moze dorastam, być może się zmieniłam, a być może po prostu dostosowałam się do sytuacji i świata. Albo ludzie w końcu zrozumieli jacy mają być, by było miło.
W każdym razie koniec roku to dla wielu okazja do podsumowania, podliczenia i wytyczenia nowych celów. U mnie, pomimo pewnej niechęci, wartość przedstawiają otaczający mnie ludzie i ich historie. Ich emocje i myśli w większy lub mniejszy sposób na mnie wpływają i muszę sie z tym pogodzić. Ten rok był pod paroma względami przełomowy. Coraz częściej czuję się ukształtowana i zadowolona z życia, czego nie spodziewałam się jeszcze parę lat temu. Dlatego chciałabym podziękować:
- osobom, które są przy mnie od paru lat i które nie dają się odstraszyć byle czym. Mam wrażenie, że jeśli wytrzymali ze mną tyle to już zawsze będą obecni gdzieś w moim życiu. Ogromny szacunek dla Was. Kocham Was.
- osobom nowym, świeżym, ale z którymi połączyła mnie mocna, empatyczna więź. To oni dają mi natchnienie i silne emocje, sprawiają, że czuję się ważna i potrzebna.
- osobom, które radzą sobie z rzeczywistością w sposób dojrzały i przemyślany nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą i sprawia im to satysfakcję.
- osobom twórczym, natchnionym, żyjącym artystycznie, z wybitną wyobraźnią i chęcią wyrażania siebie. Czynicie świat lepszym.
- osobom, z którymi na jakiś sposób się rozminęłam. Dzięki nim wiem czego chcę, do czego zmierzam, a co mnie męczy i zniechęca.
- mężczyznom, którzy zrobili na mnie duże, mocne wrażenie. Poczułam nowe emocje, odkryłam nowe części siebie, zyskałam nadzieję na spełnienie moich oczekiwań. Dzięki ich odrzuceniu zrozumiałam, że to wcale nie takie straszne i że umiem sobie z tym poradzić.
- kobietom, które swoją siłą, pięknem i nieustającą walką dają innym mnóstwo energii i sprawiają, że chce się żyć.
- osobom, które nie zwróciły mojej większej uwagii. Którym poświęciłam trochę czasu, ale których za rok będę pamiętać mgliście. Obiecuję, zacznę prowadzić notatnik z informacjami o ludziach, którzy goszczą w moim życiu. Im nada to jakieś znaczenie, a mi uświadomi ile czasu marnuję na jednorazowych ludzi, zamiast na kolorowanki.
- istotom skrzywdzonym, niezrozumiałym, połamanym i dziwnym. Sprawiają, że czuję się ważna i potrzebna.
- osobom, które mnie nie lubią, nie znoszą, nienawidzą i nadal czynić to będą. Dzięki nim mam poczucie równowagii i strach, że moje życie nagle pierdalnie w otchłań jest trochę mniejszy.
- ludziom, którzy są inni, wyznają odmienne wartości i szokują swoim stylem życia. Poszerzają moje horyzonty.
- osobom, które nie miały mi nic wartościowego do powiedzenia. Które są bo są i nie mają nic lepszego do roboty. Też są potrzebni.
- osobom, które mi pomogły słowem czy uczynkiem. Dzięki nim ewoluowałam.
- istotom, które opowiedziały mi wiele, które dużo mi z siebie dały, które odmieniły mnie. Ogromny szacunek dla nich. Podziwiam to, jak radzą sobie z życiem.
- moim psom, które patrzą na mnie jak na zbawiciela tylko dlatego, że wychodzę z nimi na spacer.
- moim kotom, które cały czas patrzą na mnie z dominacją i pogardą.
- pisarzom, którzy sprawili mi ogromną radość swoją twórczością. Z roku na rok coraz ich mniej.
- tym, którzy szczerze mówią mi, że mnie kochają.
- społeczeństwu, za to, że jest, że mogę na nie narzekać i konsekwentnie unikać.
Bardzo dziękuję wszystkim za to, że są.
Są ważni i potrzebni.
Niech uśmiechają się do mnie przez kolejny rok.
piątek, 1 stycznia 2016
środa, 30 grudnia 2015
Mrok kryje wiele tajemnic. Mentor.
Oddycham.
Głęboko, spokojnie, rytm serca zwalnia. Rozluźniam napięte mięśnie, tłumię chęć ucieczki i biegu do utraty tchu. Powtarzam mantrę, oczyszczam umysł, staram się usunąć wszelkie obrazy sprzed moich oczu. Nie zauważam, kiedy zaczynam lekko się chwiać.
Twarda, zmarznięta ziemia przytwierdza mnie do rzeczywistości. Nie pozwoli odpłynąć, nie da mnie skrzywdzić, ochroni mnie przed demonami. Zielona, skrząca się energia otacza mnie kokonem i tuli niczym swe najukochańsze dziecko.
Blask księżyca oświetla moją twarz i skrzy się w pojedynczych, spokojnie płynących łzach. Łączę przekleństwa z wyrazami miłości. Nie sposób nie kochać tego srebrnego dysku zmieniającego swym światłem szarą realność w mistyczną fantazję. W jego blasku czuję się sobą, czuję się kompletna. Całe wrażenie niewygody czy niedopasowania znika, gdy tylko spoglądam w tą kosmiczną tarczę. A jednak to w czasie pełni boję się najbardziej. To właśnie wtedy mam najmniejszą kontrolę nad sobą. Jestem rozchwiana, niestabilna, porozdzierana. Histeria, płacz, śmiech, krzyki. I potwory.
Gdy zamykam oczy otwierają się wrota piekieł. Widzę wszystko bardzo wyraźnie, czuję nieprzyjemne zapachy, ból i agresję odczuwam niemalże fizycznie. Oślizgłe gady o trzech kończynach, wynurzające się z rzeki i niezgrabnie pełzające w moją stronę. Śliniące się karykatury koni z kłami wystającymi z pyska. Włochate stwory z niezliczoną ilością zaropiałych ślepi tkwiących w całym ciele. Zdeformowani ludzie, których trawią przeróżne choroby. Wszechobecna przemoc, gorący gniew, krew skapująca z mojego ciała.
Ciosy, które nigdy nie padły. Ludzie, których nigdy nie znałam. Sytuacje, w których nigdy nie byłam. Skłębione negatywne emocje i obrazy przemykające pod powiekami. Nieraz przerażona dusiłam się łzami. Nikt nie potrafi mi pomóc. Nie znajduję wytłumaczenia dla tych snów. Niewielu chce to skomentować.
Postanowiłam uciec w rzeczywistość, otoczyć się monotonią niczym murem. Zapragnęłam ludzi dookoła siebie. Ich jazgot i niekończące się problemy zajęły moje myśli, wyparły mnie z siebie samej.
Jestem z tego zadowolona. Radzę sobie. Znów jest dobrze. Oddycham.
Przestaję analizować. Znów powtarzam mantrę, by oczyścić umysł. Czuję kontakt z ziemią i niebem. Uśmiecham się do księżyca i cieszę się rześkim powietrzem. Jestem sama z naturą. A jednak wyczuwam czyjąś obecność.
Otwieram oczy i gwałtownie zrywam się na nogi. Przede mną stoi wysoki, elegancki mężczyzna. Jego blada cera lśni w świetle księżyca, a drwiący uśmiech błąka się na przystojnej twarzy. Rozpoznaję go, ale nadal jest mi obcy. Jest pewny siebie i niedostępny dla nikogo. Wzbudza we mnie radość przeszywaną lękiem. Cechuje go nonszalancja i melancholia, skrywające przejmujący ból.
Spoglądamy sobie w oczy. Jego tęczówki są czarne z połyskiem granatu, pomimo to czuję jakbym spoglądała w studnie. Zatracam się w ich głębi i czuję, jak on dostaje się do mojego umysłu. Próbuję się bronić, budować mur, odpychać go. Lecz cegły się kruszą, siły słabną, jestem bezbronna. Gdy przestaje się mną bawić i opuszcza mój umysł, powraca mi wzrok i znów stoję przed nim.
Śmieje się. Szyderczo, bezlitośnie, szalenie.
- Jesteś popierdolona. - mówi - I wcale nie podoba ci się takie życie.
Jego śmiech wwierca mi się w mózg. Jego słowa trafiają bezbłędnie. Pęka mi kręgosłup. Tułów nienaturalnie mocno odgina się w tył. Połamany kręgosłup przebija mi brzuch. Pęka również mostek i gdy uderzam plecami o ziemię, kości przebijają klatkę piersiową. Mężczyzna rzuca się do mojego ciała i sprawnie wyjmuje z niego gąbczaste płuca. Odrzuca je bez mrugnięcia okiem i wyrywa dymiące, pulsujące serce. Zjada je z apetytem, rozrywa mięsień mocnymi szarpnięciami, przeżuwa zapamiętale. Oblizuje resztki krwi z palców i odchodzi w noc.
Resztki mojego ciała leżą i parują oczekując poranka. Gdy wschodzi słońce i zaczyna prażyć ziemię, moje truchło wysusza się i rozpada. Przed nocą pozostanie już z niego tylko popiół.
I gdy powiew wiatru poniesie pył ze sobą, nareszcie będę wolna.
Głęboko, spokojnie, rytm serca zwalnia. Rozluźniam napięte mięśnie, tłumię chęć ucieczki i biegu do utraty tchu. Powtarzam mantrę, oczyszczam umysł, staram się usunąć wszelkie obrazy sprzed moich oczu. Nie zauważam, kiedy zaczynam lekko się chwiać.
Twarda, zmarznięta ziemia przytwierdza mnie do rzeczywistości. Nie pozwoli odpłynąć, nie da mnie skrzywdzić, ochroni mnie przed demonami. Zielona, skrząca się energia otacza mnie kokonem i tuli niczym swe najukochańsze dziecko.
Blask księżyca oświetla moją twarz i skrzy się w pojedynczych, spokojnie płynących łzach. Łączę przekleństwa z wyrazami miłości. Nie sposób nie kochać tego srebrnego dysku zmieniającego swym światłem szarą realność w mistyczną fantazję. W jego blasku czuję się sobą, czuję się kompletna. Całe wrażenie niewygody czy niedopasowania znika, gdy tylko spoglądam w tą kosmiczną tarczę. A jednak to w czasie pełni boję się najbardziej. To właśnie wtedy mam najmniejszą kontrolę nad sobą. Jestem rozchwiana, niestabilna, porozdzierana. Histeria, płacz, śmiech, krzyki. I potwory.
Gdy zamykam oczy otwierają się wrota piekieł. Widzę wszystko bardzo wyraźnie, czuję nieprzyjemne zapachy, ból i agresję odczuwam niemalże fizycznie. Oślizgłe gady o trzech kończynach, wynurzające się z rzeki i niezgrabnie pełzające w moją stronę. Śliniące się karykatury koni z kłami wystającymi z pyska. Włochate stwory z niezliczoną ilością zaropiałych ślepi tkwiących w całym ciele. Zdeformowani ludzie, których trawią przeróżne choroby. Wszechobecna przemoc, gorący gniew, krew skapująca z mojego ciała.
Ciosy, które nigdy nie padły. Ludzie, których nigdy nie znałam. Sytuacje, w których nigdy nie byłam. Skłębione negatywne emocje i obrazy przemykające pod powiekami. Nieraz przerażona dusiłam się łzami. Nikt nie potrafi mi pomóc. Nie znajduję wytłumaczenia dla tych snów. Niewielu chce to skomentować.
Postanowiłam uciec w rzeczywistość, otoczyć się monotonią niczym murem. Zapragnęłam ludzi dookoła siebie. Ich jazgot i niekończące się problemy zajęły moje myśli, wyparły mnie z siebie samej.
Jestem z tego zadowolona. Radzę sobie. Znów jest dobrze. Oddycham.
Przestaję analizować. Znów powtarzam mantrę, by oczyścić umysł. Czuję kontakt z ziemią i niebem. Uśmiecham się do księżyca i cieszę się rześkim powietrzem. Jestem sama z naturą. A jednak wyczuwam czyjąś obecność.
Otwieram oczy i gwałtownie zrywam się na nogi. Przede mną stoi wysoki, elegancki mężczyzna. Jego blada cera lśni w świetle księżyca, a drwiący uśmiech błąka się na przystojnej twarzy. Rozpoznaję go, ale nadal jest mi obcy. Jest pewny siebie i niedostępny dla nikogo. Wzbudza we mnie radość przeszywaną lękiem. Cechuje go nonszalancja i melancholia, skrywające przejmujący ból.
Spoglądamy sobie w oczy. Jego tęczówki są czarne z połyskiem granatu, pomimo to czuję jakbym spoglądała w studnie. Zatracam się w ich głębi i czuję, jak on dostaje się do mojego umysłu. Próbuję się bronić, budować mur, odpychać go. Lecz cegły się kruszą, siły słabną, jestem bezbronna. Gdy przestaje się mną bawić i opuszcza mój umysł, powraca mi wzrok i znów stoję przed nim.
Śmieje się. Szyderczo, bezlitośnie, szalenie.
- Jesteś popierdolona. - mówi - I wcale nie podoba ci się takie życie.
Jego śmiech wwierca mi się w mózg. Jego słowa trafiają bezbłędnie. Pęka mi kręgosłup. Tułów nienaturalnie mocno odgina się w tył. Połamany kręgosłup przebija mi brzuch. Pęka również mostek i gdy uderzam plecami o ziemię, kości przebijają klatkę piersiową. Mężczyzna rzuca się do mojego ciała i sprawnie wyjmuje z niego gąbczaste płuca. Odrzuca je bez mrugnięcia okiem i wyrywa dymiące, pulsujące serce. Zjada je z apetytem, rozrywa mięsień mocnymi szarpnięciami, przeżuwa zapamiętale. Oblizuje resztki krwi z palców i odchodzi w noc.
Resztki mojego ciała leżą i parują oczekując poranka. Gdy wschodzi słońce i zaczyna prażyć ziemię, moje truchło wysusza się i rozpada. Przed nocą pozostanie już z niego tylko popiół.
I gdy powiew wiatru poniesie pył ze sobą, nareszcie będę wolna.
niedziela, 22 listopada 2015
Kolejny kolejno
Obserwacja. Zastanawiam się.
Uśmiech. Zwykle odwzajemniam.
Pochlebstwa. Kokieteryjnie chichoczę.
Podarunki. Jestem zachłanna.
Spojrzenia. Lubię kusić.
Słowa. Zaskakuję kontrowersją.
Zwierzenia. Umiem słuchać.
Smutki. Bywam przyjaciółką.
Wdzięczność. Silnie uzależniam.
Dotyk. Napinam mięśnie.
Prośba. Zgadzam się.
Alkohol. Przestaję myśleć.
Rozmowa. Udaję zainteresowanie.
Szczerość. Kłamię niekontrolowanie.
Zauroczenie. Niezręcznie mi.
Komplementy. Nie przyjmuję.
Dezorientacja. Chcę tańczyć.
Wirowanie. Jestem sobą.
Zachwyt. Szukam siły.
Pożądanie. Potrzebuję zdecydowania.
Namiętność. Poddaję się.
Orgazm. Znudzona odchodzę.
Zdumienie. Nie wyjaśniam.
Zagubienie. Jestem zmęczona.
Żądania. Tracę cierpliwość.
Słowa. Płacząc krzyczę.
Obietnice. Śmieję się.
Prośby. Odczuwam złość.
Uległość. Zaczynam gardzić.
Dotykanie. Mdli mnie.
Pocałunki. Wzdrygam się.
Rozpacz. Stanowczo odchodzę.
Wołania. Szybko znikam.
Uśmiech. Zwykle odwzajemniam.
Pochlebstwa. Kokieteryjnie chichoczę.
Podarunki. Jestem zachłanna.
Spojrzenia. Lubię kusić.
Słowa. Zaskakuję kontrowersją.
Zwierzenia. Umiem słuchać.
Smutki. Bywam przyjaciółką.
Wdzięczność. Silnie uzależniam.
Dotyk. Napinam mięśnie.
Prośba. Zgadzam się.
Alkohol. Przestaję myśleć.
Rozmowa. Udaję zainteresowanie.
Szczerość. Kłamię niekontrolowanie.
Zauroczenie. Niezręcznie mi.
Komplementy. Nie przyjmuję.
Dezorientacja. Chcę tańczyć.
Wirowanie. Jestem sobą.
Zachwyt. Szukam siły.
Pożądanie. Potrzebuję zdecydowania.
Namiętność. Poddaję się.
Orgazm. Znudzona odchodzę.
Zdumienie. Nie wyjaśniam.
Zagubienie. Jestem zmęczona.
Żądania. Tracę cierpliwość.
Słowa. Płacząc krzyczę.
Obietnice. Śmieję się.
Prośby. Odczuwam złość.
Uległość. Zaczynam gardzić.
Dotykanie. Mdli mnie.
Pocałunki. Wzdrygam się.
Rozpacz. Stanowczo odchodzę.
Wołania. Szybko znikam.
środa, 11 listopada 2015
Bestie
Bestia ma postać czarnego dzikiego
kota.
Jest piękna, drapieżna, kusząca i
niebezpieczna.
Zamknięta jest w klatce ze złotych
prętów.
Jej sierść połyskuje granatem,
długie pazury drapią ziemię, piękny pysk z hipnotyzującymi
oczami szuka kolejnej ofiary.
Było ich mnóstwo.
Mdłych, łatwych, głupich.
Żadna się nie broniła.
Żadna jej nie smakowała.
Żadna nie wzbudziła w niej nic poza
gniewem.
Szukała emocji.
Polowała na granicach godności.
Dopasowywała do siebie moralność.
Pożerała ciała, by bezlitośnie
zabawiać się z duszami.
Ciągle niezaspokojona.
Ocknęła się w ludzkim truchle.
Zniszczonym, zbezczeszczonym, zepsutym.
Nie chciała tego.
Stworzyła klatkę i przywołała
strażnika.
Zamknęła swoje instynkty.
Spętała swoją wolę.
Dla dobra innych.
Bestia ma postać wielkiego, szarego
wilka.
Jego siła i niezależność robią
ogromne wrażenie.
Inni podświadomie utrzymują dystans.
Zdobywca.
Samotnik.
Owładnięty potrzebą miłości.
Poraniony.
Zamknięty w sobie.
Za murem żalu i smutku.
Pewnie kroczy przez świat nie bojąc
się niczego.
Nie poluje.
Zwierzyna sama do niego przychodzi.
Najlepsze z nich, zostaną przez niego
pożarte.
I są mu za to wdzięczne.
Stworzył stado, które zawiodło.
Miłość odpłaciła się nienawiścią.
Upadł i powstał tylko dzięki sobie.
Dużo oczekuje, więcej wymaga.
Od świata, ludzi, siebie.
Pragnie do bólu.
Nie dopuści do serca.
Znalazł ją przypadkiem.
Ona chaotycznie nerwowa, on oazą
spokoju.
Obydwoje zamknięci.
Czarny kot z szarym wilkiem.
Gdy ich oczy się spotkały, rozumieli.
Bestia spotkała Bestię.
Rzucili się sobie do karków.
Szarpali, kąsali, gryźli do krwi.
Kawałki futra unosiły się w
powietrzu.
Walka pełna namiętności.
Agresja pożądania.
Gwałtowność emocji.
Ból miłości.
I niemożność zaufania.
Wir uczuć, decyzji, deklaracji.
Ułuda szczęścia.
Wyczerpani walką, upadli splątani.
Poczuli bezpieczeństwo.
Ciepło drugiej istoty, która rozumie.
Wygodna akceptacja.
Stagnacja.
Oswojenie.
I nadal brak zaufania dzikiego
zwierzęcia.
Ona zwątpiła.
On uciekł.
Na zawsze.
Czarny kot powrócił do swojej złotej
klatki.
Strażnik opatrzył jej rany.
Bólu nie zdołał ukoić.
Tęsknota odebrała jej chęć życia.
Dalsze polowania straciły sens.
Pokonana ofiara.
I tylko w czasie pełni słyszy odległe
wycie wilka.
Tęsknota
Za miejscem. Północ, południe,
wschód, zachód. Góry, pola, doliny, morza, jeziora, rzeki. Lasy,
pustkowia, bezbrzeża, zabudowania. Miasta i wsie. Wrocław, San
Francisco, Paryż. Za tym miejscem w tym czasie z tymi ludźmi.
Za zwierzęciem. Kot, pies, szczur,
koń, ptak. Żywy, martwy. Ciepłe futerko, gadzia skóra, śliskość
łusek, gładkość piór. Spacer, karmienie, zabawa, opieka.
Bezwarunkowa miłość. Za tym oddaniem i wsparciem w każdej chwili.
Za osobą. Mężczyzna, kobieta,
dziecko. Ojciec, matka, rodzeństwo, rodzina. Ukochany, ukochana,
przyjaciel, przyjaciółka. Dotyk, zapach, brzmienie głosu, uśmiech
na twarzy. Chwile, w których płakałeś w ich ramionach. Momenty, w
których czułeś się potrzebny, chciany, kochany, bezpieczny. Jakby
cała reszta świata nie miała znaczenia. Poczucie, że czas z tą
osobą nie jest czasem zmarnowanym. Ma sens. Znaczenie. Za tym
ciepłem w sercu dającym siłę, by brnąć dalej w zimnie i
ciemności.
Za czymś nieokreślonym. Poczucie,
marzenie, wrażenie. Ulotność, nienamacalność, krucha
delikatność. Siła, niezależność, pewność. Coś co wzbudza
dreszcz wzdłuż pleców. Wyzwolenie, uwolnienie, lekkość bytu.
Brak zmartwień i lęku. Niewinność, czystość, beztroska. Za tą
wolnością na soczystej trawie, wśród rosy i słońca, bez
negatywności.
Za czymś czego się nigdy nie miało.
I nigdy się tego nie dostanie. Czego nie było i nie będzie. Za
czuciem i odczuwaniem wszystkiego i niczego. Muzyka, której nikt nie
zna. Morze, którego nikt nie widział. Głębina, która nie
pochłania. Kosmos, w którym można wirować. Magia, która dodaje
znaczenia. Przestrzeń, którą można poczuć bez ograniczeń. Brak
ciała, jedynie czysty duch krążący po świecie. Czujący wszystko
i wszystkich. Bezkres. Za tym pulsującym życiem niestłumionym
materialnością.
Ta tęsknota spada na ciebie gwałtownie
i pochłania cię bezlitośnie. Wgniata cię w ciemność i pozbawia
siły, woli, chęci. Dusisz się łzami i jesteś z tym zupełnie sam.
Nie ma nikogo, kto zrozumiałby to co czujesz. Ogrom bólu ściska ci
klatkę piersiową. Nie możesz złapać oddechu, ale też wcale nie
chcesz o niego walczyć. Pełzasz w poszukiwaniu nadziei. Czegoś co
ci pomoże, rozświetli, ulży. Nic nie widzisz, czujesz tylko
nieznośny ucisk. Tkwisz w betonowym pokoju, którego ściany
zbliżają się do ciebie i odbierają całą przestrzeń. Bijesz w
nie pięściami, zdzierasz skórę z kostek, ciepła krew spływa po
szorstkiej powierzchni. Ból przywraca cię światu. Szarpiesz się
gwałtowniej w swoim więzieniu. Rozbijasz głowę, łamiesz palce,
sińce pokrywają całe twoje ciało. Wirujesz wśród obrazów,
smaków, zapachów, wspomnień. Zaczynasz spadać, lecisz w powietrzu
płynnie i gładko. Czujesz się lekki, do twoich zmęczonych płuc
dociera powietrze, z twojego gardła stara się wydobyć niewinny
śmiech. Upadek wstrząsa twoim pokaleczonym ciałem, ból powraca i
otrzeźwia cię momentalnie. Otwierasz oczy. Blask księżyca w pełni
otula świat przyjemną poświatą. Jesteś na środku olbrzymiego
pola. Wszystko jest srebrne, tajemnicze, magiczne. Przestrzeń jest
bezkresna, jesteś sam na pustkowiu. Ciszę przerywa jedynie twój
chrapliwy oddech. Przestajesz myśleć, całym sobą chłoniesz ten
bezkres. Nic nie ma znaczenia. Nic tu nie jest ludzkie. Wtulasz się
w twardą ziemię i czujesz się stabilnie. Ta samotność jest
dobra, tu możesz się odrodzić i znaleźć samego siebie. Odpocząć.
Oczyścić się. Zrozumieć.
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Pałac pamięci
Zanurzony w swoich myślach, mechanicznie przemierzasz miasto. Duchota i gorąco sprawiają, że po twojej skórze spływają słone kropelki potu. Rytmicznymi krokami wzburzasz kurz, pył osiada ci na butach. Czujesz suchość w nosie, gardle, na języku. Przełykanie staje się nieprzyjemne i sprawia ci trudność. Myśli wirują ci w głowie, jakby w poszukiwaniu cienia. Plątanina muzyki, słów obrazów smażąca się, skwiercząca, drgająca w żarze. Nie możesz tego wyłączyć. Wycofujesz się w głąb, odcinasz od hałasu, skupiasz się na potrzebie skrycia w cieniu i wypicia wody.
Idziesz chodnikiem. Szare, cementowe płyty nagrzane słońcem palą cię w stopy, pomimo zakurzonych butów. Przechodzisz przez najzwyklejsze osiedle, pełne domków jednorodzinnych, nierównych płotów, rozpadających się bram, zasuszonych ogrodów. Wszystkie są takie banalne, ociekające powierzchownym szczęściem. Każdy z nich tworzy ułudę miłości, więzi rodzinnych, ułożonego życia. Sprawiają wrażenie otwartej przyjaźni, swobodnej gościnności. Tak naprawdę odgrodzone są od siebie barierami silniejszymi niż chybocące się płoty. Pozamykane wnętrza beznamiętnie obserwują obcych, schronienie oferując jedynie zaufanym znajomym. Ogrody kuszące jednością z naturą i światem, oddzielone od siebie tworzą malutkie, indywidualne krainy z własnymi tajemnicami.
Czujesz się samotny, niechciany, opuszczony, odgrodzony, odrzucony. Wypchnięty poza zamknięcia zostałeś przytłoczony wolnością. Marzysz o otwartych drzwiach, o domu, którym zachwycisz się, ale jednocześnie delikatnie zmienisz, by miał również cząstkę ciebie. Snujesz się zdesperowany w upale cichymi i pustymi ulicami.
Coś przyciąga twoją uwagę. Nie wiesz, czy to obietnica chłodnego wytchnienia, oryginalność budynku czy poczucie okazji, której nie możesz zmarnować. Zatrzymujesz się przy starej, zaniedbanej, drewnianej furtce. Przed tobą rozciąga się imponujący widok. Ogród pełen ziół i wysokich traw, kilka starych i skarlałych drzew owocowych rosnących w pewnej odległości od siebie. Pod wyjątkowo rozłożystą jabłonią skrywa się ławeczka, na której wyleguje się czarny kot. Wąska ścieżka prowadzi do okazałego domu z ciemnego drewna. Sprawia wrażenie starego, lekko zaniedbanego, ale fascynującego. Jest piętrowy, przyozdobiony wieżyczką z lewej strony. Duże okna nadają lekkości budowli, pojedyncze witraże dodają blasku i radości, białe firanki dają wrażenie przytulnego bezpieczeństwa i bajkowej romantyczności. W oknie wieżyczki czytając książkę siedzi młoda, piękna dziewczyna. Patrzysz na nią oniemiały i pełen wątpliwości. Twój natarczywy wzrok przyprawia ją o dreszcz, przez co podnosi głowę znad lektury i spogląda na ciebie. Macha do ciebie i zachęca do wejścia.
Nie masz wątpliwości. Chwilę mocujesz się z furtką i raźno wchodzisz na ścieżkę. Zapach ziół lekko cię odurza. Dziewczyna nie poruszyła się, nadal z lekkim uśmiechem obserwuje twoje ruchy. Im jesteś bliżej, tym lepiej ją widzisz. Ma ciemne, gęste, kręcone włosy, które niesfornie sterczą jej dookoła dziecięcej twarzyczki. Duże, ciemne oczy nie odrywają się od twojej twarzy, uważnie badając każdy jej szczegół. Jesteś zaintrygowany.
Śmiało popychasz duże, dwuskrzydłowe drzwi i wchodzisz do przyjemnie chłodnego wnętrza. Hol jest duży i jasny, naprzeciwko ciebie skręcają się sosnowe schody na piętro. Podłoga jest strasznie zakurzona, nie widać koloru płytek. Co dziwniejsze, nie ma śladu kroków, jak gdyby nikt od bardzo dawna się tu nie kręcił.
Dziewczyna nie schodzi, by się przywitać, więc postanawiasz się trochę rozejrzeć. Skręcasz w pierwszy pokój od lewej i trafiasz w dziecięcy rozgardiasz. Mnóstwo rozsypanych zabawek, porcelanowych lalek i pluszowych misiów przemieszanych z klockami i kredkami. Ostrożnie stawiasz stopy, by na niczym się nie poślizgnąć. Ściany pokryte są kolorową, pogodną tapetą, lampa imituję biedronkę. Na regale w równych rzędach stoją książki. Bajki z różnych krańców świata, pięknie lub kiczowato ilustrowane. Oraz cały regał atlasów przyrodniczych z ogromnymi zdjęciami dzikich zwierząt. Przeglądasz je z dobrotliwym, rozmarzonym uśmiechem. Idziesz dalej.
Kolejny pokój nie jest już tak infantylny. Tym razem ściany zakryte są plakatami z przeróżnymi postaciami, krzyczącymi lub zalotnie się uśmiechającymi. Na bałagan składają się sterty ubrań, pudeł i papierów. Rozbite lustro straszy z ciemnego kąta. Na dużym łóżku, nakrytym puchatą kołdrą, leżą podarte zdjęcia i nadpalone pamiętniki pełne gniewnych słów. Nie czujesz przyjemności z przebywania w tym pokoju, echo nastoletniego bólu nadal jest wyczuwalne. Przechodzisz dalej.
Szok. Strach i instynktowna chęć ucieczki. Pokój jest przerażający. Wszędzie leży rozbite szkło, na niektórych kawałkach widać zakrzepłą krew. Ściany są podrapane, przeorane pazurami dzikiej bestii zamkniętej w klatce. Gdzieniegdzie wiszą obrazy przedstawiające potwory, mroczne zaświaty, abstrakcyjne bestie. Strach i śmierć w różnych konfiguracjach. Część obrazów pospadała, stoją więc na ziemi oparte o ścianę lub leżą ilustracjami do dołu. Ruszasz ostrożnie, przejęty bólem i złością tego miejsca. W kącie coś intrygująco majaczy. Podchodzisz bliżej, cofasz się gwałtownie, z przejęcia nie możesz złapać oddechu. Patrzysz na trzy słoje pełne gęstej cieczy, w której pływają ludzkie narządy. Mózg, serce, genitalia. Mdli cię i czym prędzej wybiegasz z pokoju.
Zaniepokojony i zagubiony, z pytaniami cisnącymi się na usta, wbiegasz po schodach. W popłochu, tylko pobieżnie oglądasz pokoje na piętrze. W pierwszym rośnie mnóstwo roślin, drzewek doniczkowych o potężnych liściach, pnących się bluszczy i szafek z ozdobnymi mchami. Powietrze jest tam gęste i bardzo wilgotne. Nie przynosi ulgi ani wytchnienia. Drugiego pokoju nie powstydziłaby się profesjonalna wróżka. Stół do seansów spirytystycznych, szklana kula stojąca na rozsypanych kartach tarota, pęki suszonych ziół zwisające z sufitu, mapa nieokreślonego gwiazdozbioru wisząca obok tabel numerologicznych. Duszący zapach kadzidła. Czarny kot, którego widziałeś w ogrodzie, leży rozciągnięty na regale obok książek o czarnej magii. Zniesmaczony idziesz do ostatniego pokoju, uzyskać jakiekolwiek wyjaśnienia.
Trafiasz do biblioteki. Regały z książkami zaczynają się od podłogi i ciągną aż pod sufit. Właściwie w tym pokoju nie ma nic więcej. Książki są wszędzie. Te, które nie znalazły miejsca na półkach, stoją w stosach różnej wielkości na podłodze. Atmosfera jest specyficzna, w powietrzu czuć niezliczone opowieści i wynikające z nich mądrości. Czujesz ukojenie, które znika, gdy znajdujesz kanapę umieszczoną w wystawce stylizowanej z zewnątrz na wieżyczkę. Dziewczyny tam nie ma. Natomiast wygodnie rozparta na poduszkach, z książką na kolanach, siedzi duża porcelanowa lalka. Jej sztuczne, syntetyczne włosy pokrywa brud, duże, namalowane oczy widzą tylko pustkę. Tajemniczy uśmiech nie jest skierowany do nikogo konkretnego.
Padasz na kolana. Zanosisz się płaczem. Jesteś zdezorientowany i przerażony. Nie rozumiesz, jak mogłeś tak dać się nabrać. Nie wiesz, czy przypadkiem nie znalazłeś się w śmiertelnej pułapce. Łkasz spazmatycznie. Nagle czujesz coś ciepłego i miękkiego ocierającego ci się o plecy. Obracasz się i chwytasz ręce czarnego kota. Tulisz twarz w jego lśniące, delikatne futerko. Jego obecność jest taka pocieszająca, optymistyczna, żywa. Spoglądasz w zielone oczy przedzielone pionową źrenicą i zbierasz swoje siły. Wtedy czarne futro zaczyna linieć, sierść wypada garściami. Kot zamyka oczy, skóra mu wysycha i kruszeje, drobne kostki spadają na zakurzoną, drewnianą podłogę.
Rozglądasz się po pokoju. Książki zniknęły. Nagie ściany z ciemnego, przeżartego przez korniki drewna, rażą swoją surowością. Brudne, popękane okna prawie nie przepuszczają światła, które dostaje się do środka zniekształcone przez siatki pęknięć. Słyszysz terkot, gdy do twoich stóp toczy się główka lalki. Bez włosów, brudna i brzydka, z nieblaknącym, tajemniczym uśmiechem.
Wycofujesz się w panice. Dom zaczyna trzeszczeć, ściany pękać, kurz unosi się w powietrzu. Zbiegasz ze schodów, gwałtownie szarpiesz się z drzwiami wyjściowymi, w końcu wybiegasz do ogrodu, który jest martwy. Uschnięte drzewa straszą drapieżnymi gałęziami. Sucha trawa drażni i kłuje. Biegniesz jak najszybciej. Już zza furtko obserwujesz jak dom, którym się zachwyciłeś, o który chciałeś dbać i troszczyć się, w którym miałeś być szczęśliwy, rozsypuje się. Tumany kurzu na moment przysłaniają gorące słońce. Gdy opadną będzie można zobaczyć jedynie ruiny.
Dałeś się zwieść iluzji, abstrakcji, wyobrażeniom. To co widziałeś, zawsze było tylko pustką.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Burza orgazmu
Gorąco. Upał. Żar. Duszno.
Powietrze wisi nieruchomo nie przynosząc ukojenia. Atmosfera napręża się w niezaspokojonym oczekiwaniu. Skórę zrasza lepki pot. Mokre ubrania ściśle przylegają do ciał.
W zmęczeniu i zniechęceniu zsuwają z siebie materiały. Odczuwają pewną ulgę, ale daleka jest ona od pełnego wytchnienia. Dotyk drugiego człowieka przynosi tylko dyskomfort, bolesną nieprzyjemność, kolejne ciepło, które trzeba zwalczyć. Warczą na siebie, niczym rozdrażnione bestie. Gęsta krew wolno płynie przez bladoniebieskie żyły, wyraźnie widoczne pod skórą.
Pierwsza kropla deszczu jest równie zaskakująca, co wyczekiwana. Uderza bezgłośnie w rozgrzane ciało. Jej zimno przeszywa niczym prąd. Orzeźwia i pobudza. Z ust wymyka się westchnienie ulgi. Kolejne krople zmywają zmęczenie i zniechęcenie, ujawniają dziecięcą radość bycia. Szczęśliwi wyciągają ręce do nieba, jakby miało to skrócić drogę wodzie. Deszcz spływa po ich rozgrzanych ciałach, wpija się w wyschniętą ziemię, przynosi życie roślinom. Cały świat bierze głęboki oddech.
Gwałtowny wiatr zrywa się wraz z pierwszym ukąszeniem. Mężczyzna wgryza się kobiecie w kark. Drzewa trzeszczą zaniepokojone.
Krew spływa jej na plecy.
Suche liście wirują w powietrzu.
On odchyla głowę z jękiem rozkoszy.
Ciemne, ciężkie chmury przysłaniają wszelkie światło.
Ona wpija się w jego usta. Całują się tak rozpaczliwie, jakby świat miał się skończyć.
Deszcz nie przynosi już ulgi. Teraz wzmocniony wiatrem siecze boleśnie wszystko, co napotka na swej drodze. Czuć cudowny zapach mokrej, lecz jeszcze ciepłej ziemi.
Chmury kłębią się.
On znów rzuca się do jej szyi, lecz tym razem odrywa kawałek mięsa. Krew tryska, przeżute mięso trafia do żołądka, kobiece westchnienie niknie w huku pierwszego grzmotu. Ona upada w błoto, czerwień miesza się z ciemnym błotem. On dopada do niej, niczym zwierze. Szarpie, gryzie, rozrywa.
Błyskawice rozdzielają niebo na kawałki.
Ona nie walczy, nie opiera się, pragnie więcej i więcej. Ból, przyjemność, makabra, piękno, śmierć, życie. Krzyki namiętności tworzą z dźwiękami burzy przejmującą symfonię.
Drzewa się łamią. Wiatr wiruje. Deszcz chłoszcze. Grzmoty ogłuszają. Błyskawice wściekle uderzają w ziemię.
Kobiece ciało zostało obdarte ze skóry, pojedyncze ochłapy podrywają się wraz z podmuchami wiatru. Obnażone mięso chłonie lodowaty deszcz, który poraża nerwy i przyprawia ją o przejmujące doznania. Żyje i czuje to każdą swoją komórką. Krzyczy prosto w niebo, jakby rzucała mu wyzwanie. Kto jest silniejszy, kto gwałtowniejszy, kto bardziej szalony.
Chmury zderzają się, kłębią, trzeszczą.
Mężczyzna jest u kresu sił. Jego namiętność powoli gaśnie, żądza destrukcji została zaspokojona. Dłonie i usta umazane ma krwią. Twarz i tors zrosiły mu tylko jej kropelki, które wraz z deszczem pozostawiły na jego ciele artystyczne bohomazy. Wojownik po zwycięskiej walce. Bohater po heroicznym czynie. Bóstwo nasycone śmiercią.
Burza powoli cichnie.
Nachyla się do niej ostatni raz. Całuje ją w pogryzione wargi. Wysysa z niej ostatnie tchnienie. Przez chmury przebijają się promienie słońca.
Mężczyzna podnosi się z wysiłkiem i spogląda na resztki swojej partnerki.
Wiatr zniknął zupełnie.
Zastanawia się nad przywłaszczeniem sobie któregoś z organów.
Pojedyncze, słabe krople deszczu tworzą kręgi na kałużach.
By mieć ją zawsze przy sobie.
Nieśmiało podśpiewywać zaczynają ptaki.
By pamiętać.
Na niebie pojawia się kolorowy łuk tęczy.
Mężczyzna wzrusza ramiona i odchodzi z pustymi rękoma.
Jej już nie ma.
Powietrze wisi nieruchomo nie przynosząc ukojenia. Atmosfera napręża się w niezaspokojonym oczekiwaniu. Skórę zrasza lepki pot. Mokre ubrania ściśle przylegają do ciał.
W zmęczeniu i zniechęceniu zsuwają z siebie materiały. Odczuwają pewną ulgę, ale daleka jest ona od pełnego wytchnienia. Dotyk drugiego człowieka przynosi tylko dyskomfort, bolesną nieprzyjemność, kolejne ciepło, które trzeba zwalczyć. Warczą na siebie, niczym rozdrażnione bestie. Gęsta krew wolno płynie przez bladoniebieskie żyły, wyraźnie widoczne pod skórą.
Pierwsza kropla deszczu jest równie zaskakująca, co wyczekiwana. Uderza bezgłośnie w rozgrzane ciało. Jej zimno przeszywa niczym prąd. Orzeźwia i pobudza. Z ust wymyka się westchnienie ulgi. Kolejne krople zmywają zmęczenie i zniechęcenie, ujawniają dziecięcą radość bycia. Szczęśliwi wyciągają ręce do nieba, jakby miało to skrócić drogę wodzie. Deszcz spływa po ich rozgrzanych ciałach, wpija się w wyschniętą ziemię, przynosi życie roślinom. Cały świat bierze głęboki oddech.
Gwałtowny wiatr zrywa się wraz z pierwszym ukąszeniem. Mężczyzna wgryza się kobiecie w kark. Drzewa trzeszczą zaniepokojone.
Krew spływa jej na plecy.
Suche liście wirują w powietrzu.
On odchyla głowę z jękiem rozkoszy.
Ciemne, ciężkie chmury przysłaniają wszelkie światło.
Ona wpija się w jego usta. Całują się tak rozpaczliwie, jakby świat miał się skończyć.
Deszcz nie przynosi już ulgi. Teraz wzmocniony wiatrem siecze boleśnie wszystko, co napotka na swej drodze. Czuć cudowny zapach mokrej, lecz jeszcze ciepłej ziemi.
Chmury kłębią się.
On znów rzuca się do jej szyi, lecz tym razem odrywa kawałek mięsa. Krew tryska, przeżute mięso trafia do żołądka, kobiece westchnienie niknie w huku pierwszego grzmotu. Ona upada w błoto, czerwień miesza się z ciemnym błotem. On dopada do niej, niczym zwierze. Szarpie, gryzie, rozrywa.
Błyskawice rozdzielają niebo na kawałki.
Ona nie walczy, nie opiera się, pragnie więcej i więcej. Ból, przyjemność, makabra, piękno, śmierć, życie. Krzyki namiętności tworzą z dźwiękami burzy przejmującą symfonię.
Drzewa się łamią. Wiatr wiruje. Deszcz chłoszcze. Grzmoty ogłuszają. Błyskawice wściekle uderzają w ziemię.
Kobiece ciało zostało obdarte ze skóry, pojedyncze ochłapy podrywają się wraz z podmuchami wiatru. Obnażone mięso chłonie lodowaty deszcz, który poraża nerwy i przyprawia ją o przejmujące doznania. Żyje i czuje to każdą swoją komórką. Krzyczy prosto w niebo, jakby rzucała mu wyzwanie. Kto jest silniejszy, kto gwałtowniejszy, kto bardziej szalony.
Chmury zderzają się, kłębią, trzeszczą.
Mężczyzna jest u kresu sił. Jego namiętność powoli gaśnie, żądza destrukcji została zaspokojona. Dłonie i usta umazane ma krwią. Twarz i tors zrosiły mu tylko jej kropelki, które wraz z deszczem pozostawiły na jego ciele artystyczne bohomazy. Wojownik po zwycięskiej walce. Bohater po heroicznym czynie. Bóstwo nasycone śmiercią.
Burza powoli cichnie.
Nachyla się do niej ostatni raz. Całuje ją w pogryzione wargi. Wysysa z niej ostatnie tchnienie. Przez chmury przebijają się promienie słońca.
Mężczyzna podnosi się z wysiłkiem i spogląda na resztki swojej partnerki.
Wiatr zniknął zupełnie.
Zastanawia się nad przywłaszczeniem sobie któregoś z organów.
Pojedyncze, słabe krople deszczu tworzą kręgi na kałużach.
By mieć ją zawsze przy sobie.
Nieśmiało podśpiewywać zaczynają ptaki.
By pamiętać.
Na niebie pojawia się kolorowy łuk tęczy.
Mężczyzna wzrusza ramiona i odchodzi z pustymi rękoma.
Jej już nie ma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)