piątek, 20 lutego 2015

Równowaga lodu

Niewzruszona.
Nieporuszona.
Nieczuła.

Kobieta bez smaku, zapachu, wyglądu.

Niewarta zapamiętania.
Beznamiętna.
Skuta lodem.

Roztacza dookoła siebie nieprzyjemny chłód.

Znieczulona na świat.
Obojętna na ludzi.
Niezdolna do kontaktów.

O zimnym, przeszywającym spojrzeniu.

Nie pragnęła emocji.
Nie chciała uczuć.
Nie mogła rozbudzić w sobie pasji.

Była szczęśliwa w twardym lodowym kokonie.

Słowa nie sprawiały jej bólu.
Czyny nie mogły jej zranić.
Miłość nie dawała jej niczego.

Dążyła do nieistotnych celów z uporem gleczeru.

Zaskoczył ją.
Zupełnie się tego nie spodziewała.
Oniemiała.

Jego wygląd nie miał dla niej najmniejszego znaczenia.

Męski głos.
Głęboki tembr.
Niezapomniana, drażniąca chrypka.

Poruszył w niej wrażliwe struny.

Wzniecił iskrę.
Rozbudził ogień.
Wywołał pożar.

Stała bezradna w kałuży stopionego lodu.

Drżała wychłodzona.
Drgała wystraszona.
Dygotała w panice.

Zalał ją żar długo tłumionych emocji.

Płonęła.
Skóra skwierczała w ogniu.
Płuca dusiły się dymem.

Krzycząc z bólu, poddała się jego melodii.

Odszedł.
Wróciła pustka.
Przywołała lód z powrotem.

Ukryta we własnej głowie, tęskniła za gorącym szaleństwem.



wtorek, 20 stycznia 2015

Szaleństwo poranka

Budzę się zmęczona.
Przestraszona, zgnębiona, zagubiona.
Wyciągam spod poduszki książkę i tulę do niej twarz.

Wciągam jej zapach.
Dotykam jej stronic.
Uspokajam oddech.

Zwłoki, odcięte kończyny, pokrzywione ciała.
Potwory, monstra, niegościnne światy.
Spycham sny w głąb świadomości.

Wstaję i idę do łazienki.
Obrzydzenie ściska mi trzewia.
Bakterie, wydzieliny, smród.

Szoruję się mocno.
Skóra się łuszczy, włosy wypadają.
Umieram w każdej chwili.

Woda spływa po twarzy.
Oddech staje się znośny.
Wbijam paznokcie w ciało, ból dodaje otuchy.

Ruszam do kuchni.
Herbata i proste śniadanie.
Proste czynności przywracają równowagę.

Przeżuwanie.
Staram się nie myśleć o chemicznym procesie, jaki rozpoczęłam kęsem kanapki.
Ani o tym, że będę musiała to wydalić.

Wracam do pokoju.
Otwieram szafę.
Staram się ubrać.

Moje ciało jest blade i miękkie.
Obrzydliwe.
I bezbronne.

Zaciskam zęby.
Tak bardzo pragnę być w czymś innym.
W ciele umięśnionym, okrytym futrem, złączonym z naturą.

Oddycham głęboko.
Panicznie szukam kontroli.
Boję się własnej głowy.

Wychodzę z mieszkania.
Poranne powietrze, ćwierkające ptaki, słońce w liściach drzew.
Najgorsze już za mną.

czwartek, 15 stycznia 2015

Przypowieść o gwoździach

Szare, ciężkie chmury smętnie sunęły po niebie. Były bardzo nisko, zahaczały o szczyty budynków i dążyły do tylko sobie znanego celu. Obojętne na ziemskie sprawy, niewzruszone na wszelkie krzywdy. Płynęły przed siebie, odwracały wzrok w stronę kosmosu, gdzie działy się rzeczy piękniejsze.
Słońca nie było.
Świat pogrążony był w smętnym mroku. Powietrze było lepkie i gęste, nie przynosiło wytchnienia zadymionym płucom. Ptaki zniknęły, inne zwierzęta pochowały się w lasach i parkach. Drzewa chwyciły się za gałęzie i odgrodziły naturę od nadchodzącego szaleństwa.
Ludzie błąkali się bez celu. Beznamiętni, pozbawieni emocji, wyprani z życia. Potrącali się, odbijali od ścian, gromadzili się, jakby w poszukiwaniu odrobiny ciepła.
Rozległ się krzyk. Wysoki, przeraźliwy wrzask. Nie zdążył wybrzmieć do końca, gdy zagłuszyła go zgraja innych. Hałas osiągnął niewyobrażalną wysokość. Ludzie zaczęli poruszać się szybciej, wzbijali tumany kurzu w nieruchome powietrze. Nie było czym oddychać. Krzyki wwiercały się w głowę.
Rozległ się stukot młota. Pociągnął za sobą inne. W moment wszędzie można było zobaczyć, jak ludzie namiętnie wbijają sobie olbrzymie gwoździe w stopy. Przybijali się do wyschniętej ziemi, która chłonęła ich gorącą krew. Jęki zastąpiły wrzaski. Prośby i błagania mieszały się z płaczem i zgrzytaniem zębów. Rozpaczanie, zadręczanie się, pogrążanie w bezradności. Niektórzy rozdrapywali rany, które sami sobie zadali, tylko po to, by bolało jeszcze bardziej. Głupota, słabość, żałosna potrzeba pocieszenia. Ludzie przybici do rzeczywistości, pozbawieni możliwości wzlotu. Szara masa bez inicjatywy, pozbawiona siły i kontroli nad sobą.
Nie wszyscy dali się ponieść szaleństwu. Część uciekła, skryła się w ciemnych zakątkach i z niepokojem przyglądała się rozwojowi wydarzeń. Inni z perfidną dumą i bezczelnością przechadzali się między cierpiącymi. Czerpali radość z bólu i obezwładniającego smutku. Tańczyli między pogruchotanymi, krwawiącymi stopami. Brudne, zardzewiałe gwoździe oskarżycielsko wskazywały na niebo.
Młoty znów ruszyły. Tym razem pracowały w rękach psychopatów. Ich drwiący śmiech zagłuszał jęki i błagania o pomoc. Kolejne gwoździe były wbijane w dłonie bezsilnych. Jęki utworzyły jednostajny szum. Przybici zaczęli chwiać się równocześnie. Wprowadzili się w trans zupełnego otępienia. Otoczyli się aurą cierpienia. Nie szukali drogi wyjścia, poddali się. Ich twarze straciły jakikolwiek wyraz. Ślina wypływała z ich ust wraz ze skargami. Krew, łzy, ślina, pot. Zmieszane z suchą ziemią stworzyły lepkie, obrzydliwe błoto. Nękającym znudziły się gwoździe, zaczęli rzucać w cierpiących kamieniami.
Kilku przybitych zaczęło się szarpać, wić, walczyć. Zębami wyrywali sobie gwoździe z dłoni, lecz nie mogli poradzić sobie ze stopami. Ciągnęli za nogi z coraz mniejszą nadzieją. W cieniu nastąpiło poruszenie. Uciekinierzy naradzali się pośpiesznie. Wcześniej uznali, ze pomoc cierpiącym się nie należy. W końcu sami doprowadzili się do takiej sytuacji. Sami wywołali swój ból, sami wybrali cierpienie. Ale gdy nieliczni zaczęli walczyć, sytuacja się zmieniła. Starania należy doceniać. Chęć zmiany na lepsze daje wiarę postronnym. Uciekinierzy chwycili za siekiery.
Ruszyli stanowczo i bez współczucia. Zanurzyli się w poraniony tłum przytłoczony rzeczywistością. Psychopaci chcieli im przeszkodzić, lecz na widok zdecydowania i zacięcia na ich twarzach, wycofali się na swoje miejsca i kontynuowali swoją zabawę.
Pierwsza siekiera opadła. Trzasnęły kości, trysnęła krew. Ciało uwolnione od problemu uniosło się bezwładnie. Krew ciekła z nóg pozbawionych stóp. Ale rany się zagoją. Człowiek nauczy się żyć bez oparcia. Z chęcią walki, z motywacją może zdobyć wszystko. Uwolniony od ziemskich problemów, wyolbrzymionych drobiazgów, znów może marzyć. I wznieść wzrok ponad chmury.
Siekiery pracowały bez wytchnienia, ciała unosiły się uwolnione. Ale to i tak było za mało. Jęki nadal wybrzmiewały, szlochy i błagania otumaniały. Cierpiący pozostali na swoich miejscach za towarzystwo mając zmasakrowane, odcięte stopy.
Stare, zardzewiałe gwoździe wskazywały niebo. Gdzieś tam czekały gwiazdy.

wtorek, 30 grudnia 2014

Mrok kryje wiele tajemnic. Władca dusz.

Dla Innego.


Krążyły o nim opowieści.
Kuszące. Zachwalające. Z posmakiem tajemnicy.
Wyłonił się z mroku.
Elegancki. Pewnym krokiem. Błysnął uśmiechem.
Nachylił się. Ucałował w policzek. Owionął zapachem drogich perfum.
Tylko oczy pozostawały zimne. Mową ciała wyrażał ciepło, zaangażowanie i pozytywną energię. Zamykał się w wewnętrznej twierdzy, nie dopuszczał do swojego środka. Jednocześnie kusił swoją tajemnicą, częstował jej kawałeczkami, z wyższością przyglądał się uwielbieniu maluczkich.
Wysoki, niesamowicie przystojny, perfekcyjny. Blada cera kontrastująca z ciemnym brązem jego starannie zaczesanych do tyłu włosów. Ostre, wyraziste rysy twarzy świadczące o szlachetności, mądrości, ale i skłonności do melancholii. Wypielęgnowane dłonie o długich palcach, mocne mięśnie gładko poruszające się pod skórą, drwiący uśmiech krwistych ust. Zawsze elegancki, ubrany w trzy-częściowy garnitur, zwykle w ciemnych kolorach. Dla obcych wyniosły, bliskich karmił swoim sercem. I tylko oczy pozostawały zimne.
Pomimo ukrytego w nich lodu, niezwykle przyciągały uwagę. Magnetyczne, przeszywające, głębokie. W różnych kolorach, lewe granatowe, prawe szmaragdowe. Zadziwiające.
Zrodzony dla bólu. Odrodzony ze słabą radością życia.
Płonął, spalał się. Zawsze w pogoni za doskonałością i romantyczną miłością, w wiecznej ucieczce przed samotnością i śmiercią. Nie bał się bólu. Pragnął go, doszukiwał się w nim życia, samoświadomości, słusznego utrapienia. Spijał komplementy do nieprzytomności, wchłaniał zachwyty nieumiarkowanie, łaknął dotyku i bliskości ciągle nienasycony.
Błądził. Gubił się. Tworzył. Zaraz potem niszczył. Pięknie łączył słowa. Wyplatał z nich przyjemne wzory, miękko otulał nimi słabych, silnych traktował z szacunkiem, jak równych sobie i rzucał im dosadną prawdę prosto w twarze.
Tkał iluzję intymności, by chronić swoje tajemnice.
Pokochałam go. Z pełną świadomością beznadziejności tego uczucia. Pociągała mnie jego głębia, niezmierzony ból i wiekowa mądrość. Chciałam być blisko. Chciałam mu pomóc, ukoić, uspokoić. Rozniecić tą tlącą się iskierkę radości. Przepadłam w mroku. Potrzebowałam oddechu, czasu, zrozumienia. Odeszłam. Porzuciłam. Zniknęłam dla niego.
Byłam kolejną, która nie wytrzymała. Niegodną, słabą, godną jedynie pożałowania. Wbiłam mu sztylet w pierś i zostawiłam konającego. Uważałam się za kogoś wyjątkowego, silniejszego, być może nawet lepszego od wszystkich. Byłam dumna i wyniosła. Tak bardzo pragnęłam być niepowtarzalna. Uwierzyłam, że potrafię go uratować. To upewniłoby mnie w wyimaginowanej wspaniałości.
Odeszłam jak najzwyklejsza, marna osoba. Jak każdy.
Nie zauważyłam czegoś. Gdy zabrakło go u mego boku, moja dusza zaczęła krzyczeć. Tłukła się w okowach mojego ciała, wyrywała się do czegoś, rozpaczała po nieokreślonej stracie. Z czasem zmarniała, skuliła się gdzieś w głębi umysłu i niedostrzegalnie łkała. Zapomniałam o niej, tak jak zapomniałam o nim. Jedynie w czasie pełni księżyca, spowita bladoniebieskim blaskiem, wyłam rozpaczliwie do czarnego nieba.
Wyłonił się z mroku. Podczas pewnej pełni, gdy klęczałam na twardej ziemi i wpatrywałam się zahipnotyzowana w srebrny dysk, pojawił się znikąd. Poczułam od razu jego piękne perfumy, potężną energię i swoją duszę. Zerwała się gwałtownie i ruszyła w jego stronę. Poderwałam się, podbiegłam do niego i padłam do jego stóp. Błagałam płacząc, korzyłam się szczęśliwa, że znów jest przy mnie. Poczułam jego rękę na moich włosach, spojrzałam w górę i utonęłam w tym lodowatym morzu. Poczułam w nich radość, miłość i ogrom żalu. Jego rozpacz i rozczarowanie zalały mnie. Zakrztusiłam się, upadłam na plecy, zaczęłam drgać spazmatycznie. Nagle wszystko ustało. Odetchnęłam, ociężale podniosłam się, a moja dusza zaczęła tańczyć. Odważyłam się spojrzeć w jego stronę, stał wyniosły z ręką wysuniętą przed siebie. W jego dłoni wirowała kula niebieskiej energii. Skrzyła się, strzelała wyładowaniami. Nie mogłam oderwać od niej oczu. To byłam ja. Moja część. Mój kawałek. Mój brakujący element. Coś czego potrzebowała dusza we mnie, by znów być pełną i spokojną.
Nie zamierzał mi tego oddać. Patrzył z wyższością na moją tęsknotę. A potem zanurzył swoją piękną twarz w cząstkę mojej duszy. Niebieska energia wlała mu się do ust, zapchała nos, wdarła się do oczu. Odchylił głowę do tyłu, rozłożył szeroko ręce, odetchnął w ekstazie. Elektryczne blaski  zniknęły. Teraz byłam jego częścią.
Zaczął tańczyć. Na początku spokojnie, poruszał się jakby smagany wiatrem. Coraz energiczniej giął się we wszystkie strony, ręce pływały unoszone niewidzialnymi falami. Nogi zaczęły wystukiwać niespokojny, szybki rytm. Nie mogłam mu się oprzeć. Wciąż roztrzęsiona, wstałam i dołączyłam do niego. Chwycił mnie silnie, władczo przyciągnął do siebie. Wirowaliśmy razem, unosiliśmy się ponad świat. Wieczny władca i jego zdradziecka poddana. Tańczyliśmy coraz gwałtowniej, nie mogliśmy złapać oddechu, żadne z nas nie zamierzało przestać. Zachłannie nurzaliśmy się w sobie. Zaczęliśmy się przenikać, aż w końcu staliśmy się jednym. Hybrydą o nieokreślonym wyglądzie. Byłam nareszcie w całości. Szczęśliwa. Wyjątkowa. I nic więcej się nie liczyło.
Obudziłam się obolała następnego wieczora. Leżałam brudna na środku przeoranego pola. W zasięgu wzroku nie miałam nic konkretnego. Jedynie połacie nieskończonej ziemi. Byłam sama, porzucona, zagubiona bezgranicznie. Nie wiedziałam, w którą stronę się udać. Zmrok zapadał szybko, coraz mniej widziałam. Pojawił się księżyc, otulił mnie swoim blaskiem. Postanowiłam zaczekać, być może ratunek nadejdzie z mroku. Nie myliłam się.
Ale nie wyłonił się tak jak zawsze. Nadal elegancki i piękny, ale przestraszony i jakby zgnębiony. Nie był sam. Za nim kroczyła bogini. Była olśniewająca, spowita w najgłębszą czerń, mocno kontrastującą z jej białą cerą. Jej czarne, proste włosy unosiły się dookoła głowy poruszane energią wszechświata. Jej twarz nieustannie się zmieniała. Młoda i piękna, w następnej chwili była złą staruchą. Sunęła w powietrzu, jakby w ogóle nie dotykała podłoża. Nie rozglądała się, nie rozpraszała, dążyła do celu. On szedł przed nią, niepewny, niespokojny i przytłoczony jej obecnością. Niósł ogromną kosę, w której ostrzu odbijało się światło księżyca. Rękojeść kosy była wykonana z czarnego, starego, powykręcanego drewna. Broń musiała należeć do kobiety. On pozbawiony był tej aury tajemniczości, którą miał zawsze. Zrozumiałam, że był jej podwładnym, spętanym niewolnikiem bez możliwości ucieczki. A ja należałam do niego.
Stanęli nade mną. Jego twarz wykrzywiona była bezbrzeżnym smutkiem, jej opanowana była przez głód i żądzę. Nagle za jej plecami rozłożyły się olbrzymie skrzydła, otulone kruczymi piórami. Przysłoniły księżyc, dla mnie nastał nieprzenikniony mrok. Zauważyłam jedynie krótki błysk ostrza kosy, usłyszałam świst opadającego ostrza. Moja głowa upadła miękko, oddzielona od reszty ciała. Krew trysnęła, czarna bogini gwałtownie pochyliła się nad moim truchłem i zachłannie zaspokoiła swoje pragnienie. Podniosła się zadowolona, strużka krwi wypłynęła jej z kącika ust. Starła ją palcem, zlizała z lubieżnym uśmiechem. Podniosła kosę, uderzyła skrzydłami i odleciała w ciemność. On schylił się i podniósł moją głowę. Przyłożył swoje czoło do mojego i trwał tak chwilę. Później upuścił ją, odwrócił się i nie oglądając się za siebie odszedł w swój bezpieczny mrok.
Nigdy nie dowiedziałam się, kto mnie ściął.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Trzy walkirie

Z dedykacją dla Niny, Skowronka i Pyrki.

Puchnę. Moja skóra sinieje. Żyłki pękają. Skóra trzeszczy. Puchnę. Nadymam się. 
Słońce wisi wysoko na niebie. Jednak nie jest gorąco ani jasno. Światło jest stłumione cienką warstwą chmur. Wszystko wydaje się szare i nijakie. Dookoła mnie rozlega się ponure pustkowie, spękana ziemia błaga o odrobinę wody. Nie ma nic, oprócz robactwa. Małych, czarnych, latających stworzeń, które kąsają i irytująco brzęczą. Nie odpuszczają, krążą wokół doprowadzając do szaleństwa. Nie można się ich pozbyć.
Ledwo stoję. Jestem obrzydliwie gruba, tworzę jednolitą górę ciała. Pod sinoniebieską masą, kiedyś będącą brzuchem, coś się porusza. Ciało w tym miejscu nadyma się bardziej, momentami skóra miejscami naciąga się mocnej, jakby coś kopało ją od środka. Pulsuje, faluje, drga. Przewracam się na plecy. Nie jestem w stanie utrzymać swojego olbrzymiego cielska w pionie. Stworzenie w brzuchu podrywa się gwałtownie. Skóra rozciąga się, pojawiają się pęknięcia. Gorąca krew spływa mi po bokach. Do rany zlatują się robaki. Wsysają się, pchają do środka, rozrywają po kawałeczku. Jakby chciały pomóc uwolnić się temu stworzeniu ze środka, które szarpie się desperacko. Mocne szarpnięcie, mój krzyk i szponiasta ręka wyłaniająca się z mojego wnętrza. Jest koścista, granatowa, pokryta śluzem. Robaczki podrywają się spłoszone. Pojawia się druga ręka, coś większego chce się wydostać. Pękam wzdłuż, rozpadam się, a do moich tłustych resztek zlatują z powrotem robaki. Na moim miejscu stoi niski, przeraźliwie chudy stwór, pokracznie skrzywiony. Zgarbiony, granatowy, pokryty guzkami wzbudza dreszcze obrzydzenia. Jego długie ręce zwisają smętnie po bokach, olbrzymie dłonie szurają po ziemi. Wielka głowa osadzona na chudej szyi opatrzona jest wielkimi nietoperzowymi uszami, porośniętymi rzadką sierścią. Olbrzymie wyłupiaste oczy rozglądają się czujnie, z otwartych ust wystają świńskie zęby i wylewa się ślina. Nagle gdzieś z zapadniętej piersi wydobywa się rechot, opętańczy, podły chichot. Robactwo wiruje dookoła. 
Niebo pęka trzy razy. Chmury rozstępują się, błękit nieba nieśmiało się przedziera. W miejscu zetknięcia się horyzontu z pęknięciami pojawiają się postacie. Każda z innego świata, każda inna, na ratunek jednej osobie. Trzy damy, wojowniczki, walkirie. Kierują się w stronę potwora, emanując blaskiem i siłą. Każda z nich wnosi odrobinę życia do mojej krainy.
Z prawej strony nadchodzi wysoka, umięśniona kobieta w czerni. Porusza się pewnie, wznieca kurz uderzeniami ciężkich, wysokich glanów. Jej czarne, wąskie spodnie spięte są ciężkim paskiem z ćwiekami. U boku kołysze się zwinięty srebrny łańcuch. Na pokaźnym biuście opina się czarny top odsłaniający płaski, umięśniony brzuch. Ramiona okrywa długi, skórzany płaszcz bez rękawów. Jego poły unoszą się za kobietą niczym krucze skrzydła. Na jej lewym ramieniu widnieje tatuaż wielkiego wilka szczerzącego kły. Jej twarz jest piękna w surowy, pierwotny sposób. W jej rysach można dostrzec wojowniczy zapał, niepowstrzymany gniew i gorącą namiętność. Jej usta w każdej chwili są gotowe są rzucić sarkastyczną uwagę. Gęste, czarne jak noc włosy ułożone są w krótkiego irokeza, pojedyncze pasmo opada zawadiacko na jej czoło. Prawe ucho przyozdabia wilczy kieł. Jednak do wizerunku groźnej, agresywnej metalówy zupełnie nie pasują łagodne niebieskie oczy, które lśnią iskierkami rozbawienia. 
Po lewej stronie sunie zima. Piękna i chłodna, niedostępna i wyniosła. Królowa śniegu o srebrzystych włosach opadających na blade, odsłonięte ramiona. Biały, błyszczący drobinkami lodu gorset ciasno opina jej talię, biodra otacza prosta suknia do ziemi z długim trenem. Kobieta nie porusza się normalnie, wygląda jakby sunęła w powietrzu, jej suknia skrzypi delikatnie niczym deptany śnieg. Na dłonie naciągnięte ma długie za łokcie, koronkowe rękawiczki. W jednej ręce trzyma sztylet osadzony w kryształowej rączce. Ramiona, szyję, dekolt ma odsłonięte, by zachwycały swoją delikatnością. Jej twarz wyraża chłód, ale i wielką siłę. Kobieta jest pełna rezerwy, wycofana, pozornie krucha, ale w jej bladoniebieskich oczach widać nieugiętą stal. Jej brwi i rzęsy są białe, prawie przeźroczyste. Tylko nieliczni wiedzą, że pokrywają je niepowtarzalne, maleńkie śnieżynki.
Pośrodku żwawym krokiem porusza się trzecia kobieta. Rude włosy upięte ma w misterny kok, pojedyncze niesforne pasma łaskoczą ją po twarzy. Jej duże niebieskie oczy, okolone wachlarzem czarnych rzęs, bystro lustrują otoczenie. Jej duży biust uwięziony jest w brązowym, skórzanym gorsecie i faluje kusząco, jakby w każdej chwili mógł się uwolnić. Na jej szyi spoczywa wielki krwistoczerwony klejnot, będący zaklętym sercem jej ukochanego. By iść szybciej, kobieta obie ręce zanurzyła w obszerne fałdy swojej wiktoriańskiej spódnicy, którą z trudem uniosła odsłaniając pantofelki. Jako jedyna wydawała się poddenerwowana i czymś przejęta. 
Docierają do obrzydliwego potwora jednocześnie. Ten charczy na nie, wymachuje niezgrabnym cielskiem, wykrzykuje niezrozumiałe rzeczy i pluje dookoła siebie śmierdzącą śliną. Ruda krzywi się nieznacznie, Czarna unosi kącik ust w kpiącym uśmieszku, Biała kręci głową rozczarowana. Spoglądają na siebie i nagle rozpoczyna się akcja. Srebrny łańcuch podrywa się w powietrze, gdzie formuje się w lasso i opada na stwora. Sprawne i silne ręce Czarnej umiejętnie oplatają łańcuchem wierzgającego stwora. Kobieta szybko zachodzi potwora od tyłu i mocniej zaciska swoją broń na jego szyi. Ten zaczyna się dusić, ślina spływa mu niepowstrzymanie z gęby, Czarna pozostaje niewzruszona. Ruda w tym czasie podwija swoją obszerną spódnicę, eksponując długie zgrabne nogi w ciemnych pończochach zakończonymi falbaniastymi podwiązkami. To właśnie tam przymocowane ma maleńkie fiolki z różnymi rodzajami trucizn. Wybiera jedną i energicznie podchodzi do unieruchomionego stwora. Odkorkowuje fiolkę i wylewa substancję prosto do koszmarnej gęby poczwary. Reakcja jest natychmiastowa. Skóra potwora twardnieje niczym skorupa i zaczyna pękać. Czarna z Rudą odsuwają się robiąc miejsce Białej. Ta podchodzi ze swoim sztyletem i spogląda na bestię. Nagle pośrodku jej piersi pojawia się ciepłe, pomarańczowe światło. Jest pełne miłości i otuchy, przepływa do ramienia kobiety i spływa do kryształowej rękojeści sztyletu. Biała unosi go wysoko nad głowę i gwałtownie uderza nim pomiędzy nietoperzowe uszy stworka. Ten rozpada się na kawałeczki uwalniając mnie ze swojego środka.
Leżę bezsilna na spękanej ziemi. Jestem zupełnie naga. Trzy kobiety klękają przy mnie. Każda tuli mnie przez chwilę do swojej piersi, każda oddaje mi część siebie, bym mogła szybciej złożyć się w całość. Wstaję znów silna, pełna energii i woli walki. Brązowe bujne włosy opadają mi na ramiona. Tworzę sobie przyjemne puszyste futro, otulające tors i kończące się przed kolanami. Mam w nim pełną swobodę ruchu, mogę biegać, skakać, wspinać się bez obaw. Spoglądam na kobiety moimi czarnymi, pozbawionymi białek oczami, przypominającymi dwie otchłanie. 
Jestem im niezmiernie wdzięczna. Kocham je. Są przy mnie. Wspierają mnie. Troszczą się. Zawsze będą. 
Ale nie pomogą mi z robactwem. Z nim muszę uporać się sama. Prostuję z trzaskiem swoje palce. Każdy z nich zakończony jest czarnym pazurem, niebezpiecznie ostrym, lekko zakrzywionym. Robactwo przysiadło zaniepokojone na sąsiednim głazie. Płoszę je potężnym rykiem, ciemna chmara wzbija się w powietrze, chaotycznie i głupio wpada w moje pazury. Przepołowione pancerzyki upadają bez życia. Części udaje się uciec, wrócą kiedyś z nowymi siłami. Ale teraz mogę zająć się sobą.
Wbijam bose stopy w ziemię, ręce wyciągam wysoko do nieba. Energia świata gromadzi się we mnie, jest do mojej dyspozycji. Pobieram również resztki życia z robactwa. Przywracam dookoła siebie dżunglę, moją krainę, mój dom. Wszystko rośnie błyskawicznie, po chwili nie ma śladu po spękanej pustyni. Wszystko jest zielone, soczyste, pełne radości. Padam wykończona. Walkirie podnoszą moje bezwładne ciało i zanoszą w bezpieczne miejsce wśród korzeni wielkiego drzewa. Całują mnie delikatnie w czoło i odchodzą do swoich pęknięć w niebie. Każda bez problemów przenosi się do swojego świata. Muszą zmagać się ze swoimi podłymi robakami. Ale wiedzą, że przy każdym problemie czy załamaniu, przybędę im pomóc. 
Gdy zatrzaskują się za nimi szczeliny światów, w mojej dżungli spada deszcz. Słychać głębokie westchnienie lasu, drzewa wyciągają liście po życiodajną wodę. Zasypiam spokojna.

czwartek, 27 listopada 2014

Dramatyczne rozwody

Mdli mnie. Brzuch twardnieje wraz z mocniejszym napięciem mięśni. Przełyk zapchany jest cuchnącą mazią, która ciśnie się na zewnątrz. Krztuszę się. Nie mogę oddychać. Zginam się w pół. Pluję i charczę. Włosy opadają mi na twarz. Jedną ręką je odgarniam, drugą wkładam do ust i drażnię podniebienie. Brzuch zaciska się spazmatycznie.
Z moich ust w końcu bluzga czarna smoła. Rozpryskuje się o podłogę, ochlapuje moje bose stopy. Resztki czarnej substancji spływają mi po brodzie i leniwie skapują na białą suknie. Odchylam głowę i wzdycham z ulgą. Toksyczny, charakterystyczny smród smoły otacza mnie kleistym kokonem. Ale w końcu czuję ulgę. Odzyskałam spokój. Teraz mogę się mścić.
Patrzyłeś tak natarczywie, że musiałam zwrócić na ciebie uwagę. Piękne oczy, głęboka dusza. Radość, pewność, morze bólu. Szaleństwo berserka, mądrość i złożone piękno. Miłość do lasu, majestat i siła dorodnego jelenia. Otwarta księga, niewiele byłeś w stanie ukryć. W twoich oczach widać było wszystko. Ale nie próbowałeś uciec. Byłeś zaintrygowany. Chciałeś wiedzieć więcej. Pokazałam ci kawałek mojej duszy. Spojrzałeś, doceniłeś, obiecałeś wrócić. Deklarowałeś chęć poznania kolejnej mej części. Zniknąłeś niczym cień w południe. Nie szukałam cię.
A powinnam była. Zamiast dusić gniew w sobie, powinnam odnaleźć cię i od razu zapewnić sobie ulgę. Ale mam czas. Nietrudno cię odszukać, nietrudno cię zwieść. Nie spodziewasz się bólu. Uśmiechasz się rozbrajająco, nonszalancko wypijasz łyk piwa. Twoje silne ciało jest rozluźnione, a mimo to, wbicie ci noża w poranione serce nie jest łatwe. Szarpiesz się, krzyczysz zdziwiony, krew wypływa z ciebie leniwie. Kawałki twojego pokruszonego serca wysypują się z rany. Miałam je naprawić. Miałam być plastrem. Niefortunne określenie. Umierasz pokonany, zawiedziony ale niejako z ulgą. Wbijam ci nóż w gardło. Z trudem przecinam żyły, tętnice, ścięgna, tchawicę. Nie śpieszę się, cieszę się każdą twoją krzywdą. Mogłabym odrąbać ci głowę. Twój mózg mnie zafascynował, lecz miękki charakter i mdłe uczucia kompletnie go stłumiły. Jednak nacinam szyję tylko do tego stopnia, by wyjąć przez otwór twój język. Słowa wylewały się z ciebie strumieniami. Tumaniły, czarowały, kłamały. Twój język zwisa niczym niecodzienny krawat. Jak elegancko. Tnę go jeszcze na cienkie paski, by dopełnić wizji. Rozdrabniałeś się, gardziłeś politykami, a sam upodabniałeś się do nich. Zabrakło ci tylko odrobiny perfidii.
Odchodzę uwalona krwią ale szczęśliwa.
Czas na większą rozgrywkę. Bolesną, splątaną, kłopotliwą. Nigdy do końca nie zrozumiałam, czy cię kochałam. Ani po co z tobą byłam. Pokroiłeś mnie na kawałki, raniłeś okrutnie, a ja nawet tego nie zauważyłam. Instynktownie próbowałam uciekać, a potem naiwnie wracałam. Aż w końcu pogrążyłam siebie, by się uwolnić i odzyskać. Wyrządziłeś mi ogromną krzywdę. Zbierałam swoje kawałki długo, odzyskiwałam swoją wartość dwa razy dłużej. W końcu powstałam i wróciłam do życia. Przynajmniej starałam się. A ty znów się pojawiłeś. Znów zgnębiłeś, zbluzgałeś, skopałeś. Cios za ciosem, by udowodnić, że twoja miłość jest jedyną prawdziwą. Broniłam się, gryzłam i drapałam, jednak znów poruszyłeś struny w moim sercu. Nie pozwolę ci znowu na to.
Nie muszę cię otumaniać czy ogłuszać. Jak zwykle zataczasz się pijany, trawiasty dym otacza twoją głowę. Żałosny obraz rozpaczy.
Śmiejesz się, gdy odrąbuję ci dłonie i stopy. Wrzucam je do plastikowego kubła na śmieci. Kroję cię na kawałeczki. Zirytowana twoim naćpanym śmiechem odrąbuję ci głowę. Przyglądam się twojej twarzy, teraz spokojnej i niegroźnej, całuję cię w usta. Ostatni raz. Szkoda. Na szczęście. Głowa ląduje w kuble. Pracuję bez wytchnienia. Piłuję kości, kroję mięso, wbijam się w skórę. Pieczołowicie umieszczam twoje ciało w pojemniku, który zamykam i owijam folią. Gdy zaczniesz gnić, wytworzy się mały mikroklimat. Twój tłuszcz pokryje kości miękkim woskiem. Robaki znajdą drogę. Nikogo już nie skrzywdzisz, nikogo nie zmartwisz. Śmierdzieć zaczniesz dużo później.
Kolejny ciężar z serca. Czas na deser.
Jesteś moim przyjacielem i kocham cie, choć nie możesz w to uwierzyć. Jest to prosta miłość do drugiego człowieka, pełna szacunku i wdzięczności. Nie ma w niej namiętności i oddania. A ty mimo to ją odrzucasz. Komplementujesz, wspierasz, a potem wbijasz nóż. Nie akceptujesz mnie do końca. W jakiś sposób mną gardzisz. Nie podoba mi się to.Przez ciebie też potrafię dusić się gniewem. Potrafisz dobierać słowa. I to w bardzo dosadny sposób. Lubimy ze sobą rozmawiać, a jednak nie masz do mnie pełnego szacunku. A mimo to nie potrafię cie ukarać. Nie chcę cię zabijać. Dlatego pozwolę ci odejść. Ale przy następnej okazji, zapoluję na ciebie.
Oczyszczona wracam do domu. Zmywam z siebie brud, podpalam białą suknię uwaloną krwią i smołą. Czuję się zdrowa i czysta. Oddycham swobodnie. Biorę na ręce puchatego kotka, który z przyjemnością się we mnie wtula. Uwielbiam koty. Są piękne, z pozoru delikatne i bezbronne, z charakteru niepokonane i zdecydowane. Mój kociak jest młody, ufny, a jednocześnie silny i twardy. Chce mnie chronić, chce bym była bezpieczna. Gładzę jego lśniące futro. Jego blask przypomina mi mój palący gniew. Jednak tłumię go w sobie. Nie jest teraz potrzebny.
Kocie oczy wpatrują się we mnie w mroku.


Drugie morderstwo na podstawie historii Brookey Lee West.

czwartek, 23 października 2014

Szklane strachy

Tytuł stworzony przy współpracy z Niną. 


Nie radzę sobie z nimi.
Przyznaję się szczerze i otwarcie.
Po prostu sobie nie radzę.

Nie wiem, od czego to zależy.
Nie wiem, kiedy się zaczęło.
Nie wiem, czy inni też to czują.

Boję się ich.
Ten strach jest ukryty głęboko pod skórą.
Pojawia się, gdy nagle, niespodziewanie gaśnie światło.

Możliwe, że chodzi o kształt.
Może to przez to, że nie wiem na jakiej zasadzie działają.
Albo boję się tego, co je rozświetla.

Przerażają mnie żarówki.
Nie lubię ich dotykać, wkręcać, wykręcać, kupować.
Supermarketowe półki wypełnione rzeszą żarówek, paraliżują mnie.

Ale one mają do mnie zadziwiającą cierpliwość.
Spokojnie i bez krzyku czekają, aż zbiorę się w sobie.
Nie wiercą się, nie komplikują, gdy drżącymi dłońmi próbuję zapewnić im energię.

Są wyrozumiałe.
Chłodne.
Pozbawione uczuć.

Z ludźmi sobie radzę.
Rozumiem ich.
Radzę sobie.

Wiem, jak działają.
Wiem, co ich napędza.
Wiem, że nie wszyscy czują to samo.

Nie obchodzi mnie ich materialny kształt.
Wystarczy mi spojrzenie głęboko w oczy i dostrzeżenie duszy.
Ich uczucia mnie zalewają ale potrafię je rozplątać.

Niespełnione marzenia.
Skrzywione rodziny.
Złamane miłości.

Niezaspokojone ambicje.
Nieujarzmione lęki.
Kujące nienawiści.

Ale ja mam do nich cierpliwość.
Potrafię spokojnie i bez pośpiechu ich wysłuchać.
Nieruchomo wpatruję się w ich oczy, zapewniając im całą moją uwagę.

Delikatnie się uśmiecham, zachęcając do zwierzeń.
Nie oburzam się.
Nie bywam zgorszona.

Jestem wyrozumiała.
Pozostaję chłodna.
Bez swoich uczuć.

Ludzie sobie ze mną nie radzą.
Boją się mnie.
Nie wiedzą, jak działam.