poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Nie.

Nie mam ochoty. Chęci.
Pragnień, potrzeb.
Nie chcę. Nie mogę. Nie potrafię.
Wszystko się miesza, każdy intensywny kolor. Powstaje mdła, nijaka maź rzeczywistości. Nie chcę tu być.
Czuje ogromny nacisk, jakby ktoś miażdżył mi głowę.
Słowa, obecności, istnienia. Pełno, mnóstwo, niebotycznie wiele. Nie do zniesienia. Duszno, gorąco, wymiotuję.
Nie mogę wytrzymać. Nie widzę drogi ucieczki. Wszędzie ludzie, ich energia, duchowość. Marnotrawiona, niszczona, bezczeszczona. Zaniedbana, splątana, pogubiona, słaba i rozpaczliwa. Oraz ich fizyczne ciała. Porozciągane, poprzebijane, wytatuowane. Poubierane, wyperfumowane, odmalowane. Maskujące strach i gorycz. Kryjące nieśmiałość oraz niezadowolenie ze świata i z samych siebie. Zwracające uwagę błyskotkami, ponieważ ich osobowość nie ma czym lśnić. Pustka w oczach.
Oni też nie mają ochoty. Ani znaczenia.
Nie mogę nabrać powietrza, spokojnie odetchnąć, normalnie funkcjonować. Napędzana nienawiścią i obrzydzeniem pokonuję kolejne dni. Nie mam już sił. Nozdrza zapycha mi smród. Ludzkiego strachu, niepokoju, zmartwień, a nade wszystko, smród mojego własnego ciała. Miękkość jego konstrukcji, chemia jego działania, odpady jego użytkowania. Niepowstrzymane gnicie.
Tkwię w tym organicznym więzieniu i trawię sama siebie. Kiedyś miałam potrzebę, chęci i ochotę krzyczeć, szarpać, rozrywać, niszczyć, krzywdzić. Pławić się w bólu i cierpieniu. A potem śmiać się i cieszyć. Kochać i nienawidzić. Umierać i odradzać się.
Teraz nie.

wtorek, 17 marca 2015

Gniew kobiety cz.2

Zainspirowane obrazem Z. Beksińskiego

Bez nadziei. Zrozpaczona. Spadająca w bezdenną otchłań.
Psychiczna udręka zdominowała fizyczny ból, który stał się zupełnie nieistotny. Odpłynął gdzieś poza świadomość. Jedyne czego ona chciała to odzyskać dawny spokój, bezpieczną równowagę, którą kiedyś się znudziła i pogardziła. Chciała zapomnieć, żyć dalej bez tego nieszczęsnego epizodu. W jej rozszarpanym gardle wzbierał krzyk, w pogruchotanej piersi serce kończyło swój bieg, z ocalałego oka płynął strumień łez. Nie było już odwrotu. Czekała na nią jedynie pusta, sterylna czerń, kusząca spokojem i wytchnieniem. Wystarczyło odetchnąć po raz ostatni.
Poczuła szorstki język na poranionej dłoni. To samotny wilk zwabiony zapachem jej krwi, przyszedł skosztować ludzkiego mięsa. Potęga i majestat zwierzęcia robiły ogromne wrażenie. Pulsująca, naturalna energia kłębiła się pod szaro-srebrną, gęstą sierścią. Długi pysk, obdarzony zestawem kłów zanurzał się w jej boku i oddzierał resztki mięsa od jej kości. Żółte, przenikliwe oczy czujnie rozglądały się po terenie. Z przyjemnością przegryzał mięśnie, żyły, ścięgna, z lubością zlizywał krew z pyska. Czuła jego siłę.
Nie mogła odejść. Nie mogła tak tego wszystkiego zostawić. Jej dawny charakter, ocalała część jej dumy i honoru chciały się zemścić. Pojawił się gniew i rozgorzał w jej wnętrzu. Powoli pomarańczowy płomień ogarnął całe jej ciało. Wilk skulił się przestraszony i zaczął się wycofywać, warcząc głucho. Podniosła się, wyprostowała resztki swojej sylwetki i zdusiła w sobie ogień furii. Przypieczone gniewem narządy powypadały z jej szkieletu, resztki skóry zwęgliły się zupełnie, jedynie poszarpane płaty mięśni utrzymały się szkieletu. Najgorsza była czaszka, pozbawiona skóry, z ironicznym uśmiechem odkrytych zębów. I jedyne oko wytrzeszczone paranoicznie, rozglądające się w poszukiwaniu jakiegokolwiek wsparcia.
Była sama. Nie miała nikogo. Jeśli chciała coś osiągnąć, musiała zrobić to samodzielnie.
Wyciągnęła kościstą dłoń w stronę wilka. Przerażone zwierzę zaatakowało i zatopiło kły w kościach jej ręki. Przytrzymała go drugą ręka, zbliżyła czaszkę do głowy wilka i spojrzała swoim okiem w żółte ślepia. Zaczęła pochłaniać energię zwierzęcia, jego duszę, siłę, chęć przetrwania. Obraz wilka zaczął się rozmywać, powoli zmieniał się w ruchliwą mgłę, która zaczęła tworzyć kokon dookoła jej postaci. A ona odzyskiwała chęć życia. Żądza zemsty, gniew, rozpacz mieszały się z drapieżnymi instynktami, brutalnością, bezwzględnością i potęgą natury w czystej postaci. Gdy wchłonęła wilka do końca, przestała aż tak przerażać. Jej zdruzgotane ciało, spalone resztki skóry i włosów, widoczne kości zakryte były kłębiącą się mgłą, w której momentami zobaczyć można było pysk wilka.
Ruszyła przed siebie. Szukała innych źródeł energii. Wyssała kilka przypadkowych gryzoni, parę czarnych kotów, rudego lisa, a nawet potężnego niedźwiedzia. Mgła dookoła jej szczątków gęstniała i rozrastała się, co większe istoty materializowały się przy jej nogach i towarzyszyły jej w wędrówce. Gdy spotkała pierwszego człowieka, nie miała litości. Był to stary włóczęga, który na chwilę przysiadł pod drzewem i zachłannie pił coś z butelki. Był łysy i pomarszczony, ale obdarzony gęstą, białą brodą. W jego oczach można było zobaczyć mądrość doświadczenia i zmęczenie światem. Gdy dostrzegł jej twarz, uśmiechnął się delikatnie. Spodziewał się ukojenia śmierci, wyciągnął do niej tęsknie ręce. Skazał się tym na niespokojną tułaczkę w poszukiwaniu zemsty. Jego niebieska, brudna koszula posłużyła jej do zakrycia twarzy, nie chciała, by ktokolwiek spoglądał w jej ocalałe oko w poszukiwaniu duszy.
Miała cel. Szła w konkretnym kierunku. Szukała go. Wyczuwała w powietrzu jego zapach. Słyszała nieustannie jego głos. Widywała go majaczącego gdzieś w oddali. Nie potrzebowała snu, nie czuła głodu i pragnienia. Chciała jedynie zemsty. Tylko to mogło przynieść jej ukojenie.
W końcu go odnalazła. Była potęgą, szkieletem otoczonym kłębiącymi się postaciami zwierząt. Po jednej stronie miała swojego wilka, który truchtał radośnie, rozochocony nadchodzącym polowaniem. Po drugiej kłębił się na czworakach starzec, który po czasie spędzonym w zwierzęcej energii, upodobnił się do hybrydowej bestii. Błękitna koszula falowała dookoła jej głowy, tworząc karykaturę aureoli. Materiał delikatnie opinał się na jej twarzy, można było dostrzec zarys jej nosa czy kości policzkowych.
Oniemiał, gdy ją taką zobaczył. Czuł podświadomie, że to ona. Nie dowierzał, że nie wybrała śmierci. Przeraził się, gdy dotarło do niego, po co go odszukała. Błagał i prosił, zapewniał o swojej miłości, przepraszał i korzył się. Odwoływał się do jej serca, tego co ich łączyło, nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego ją porzucił. Chciał spojrzeć jej w oczy, zapomniał, że jego kruk uraczył się jednym z nich. Rozwścieczyło ją to jeszcze bardziej. Chciała szacunku, uznania, pokłonów, a on nawet w skrajnym przerażeniu niszczył jej godność. Rozżalona chwyciła go za ramiona i niczym marionetkę podniosła do góry. Wtedy zaatakowały ją jego tatuaże. Tak jak poprzednio kruk i tygrys próbowały ją oddzielić od ich pana. Dziobały i gryzły, szarpały i drapały. Tym razem nie uległa. Wchłonęła je tak, jak poprzednie zwierzęta, wessała wszystkie jego tatuaże. A potem zaczęła pochłaniać jego.
Zatrzymała się nagle. Dotarło do niej, że wcale nie chce go w swoim wnętrzu. Gdy chciała być dla niego, w nim, w jego sercu, on ją odtrącił, skrzywdził i zostawił. Dlaczego więc ona miałaby trzymać go ze swoją duszą, ze swoimi zwierzętami w mgle potężnej energii? On ledwo oddychał w  jej ramionach. Już nie imponował. Chwila jej uwagi, a jego ciało drastycznie wychudło, skóra wyschła i zbrązowiała, włosy wypadły. Wyglądał potwornie, nędznie, pohańbiony i cierpiący. Pod niebieską szmatą uśmiechnęła się zadowolona. Tego chciała, tego potrzebowała, by pozbierać się i odzyskać chociaż część dawnej siebie. Była dumna ze swojego dzieła. Zapragnęła pokazać wszystkim hańbę swojej miłości.
Do teraz przemierza świat w podmuchach wiatru, w kłębach kurzu, otoczona orszakiem swoich zwierząt, do których żywi coś na kształt szacunku i przywiązania. Na rękach niesie zwłoki swojego mężczyzny, którego miała być częścią, który miał ją uzupełnić, a teraz spoczywa bezbronnie w jej ramionach brzydki, oblepiony robakami, gnijący i łkający, jedną dłonią zasłania sobie twarz w geście rozpaczy, ale i obronnym, jakby obawiał się kolejnych ciosów. Jej twarz nadal zasłania błękitna szmata, falująca w podmuchach wiatru. Intryguje i fascynuje. Jej kolor wydaje się taki niewinny przy całym tym obrazie.

piątek, 13 marca 2015

Gniew kobiety cz. 1

Pojawił się nagle, zupełnie niespodziewanie.
Wyłonił się z tłumu, z masy bez wyrazu. Z wrodzonym wdziękiem, perfidną pewnością, łobuzerskim uśmiechem. O mało imponującej posturze, natomiast z odurzającą charyzmą, wewnętrznym blaskiem, zniewalającym zapachu. Z kuszącą tajemnicą, czającą się w głębi jego oczu.
Ona na nikogo nie czekała. Była szczęśliwa w swojej samotności, stabilna w sztucznym bezpieczeństwie, nie zamierzała wpadać w otchłanie emocji. Silna i dumna, niezachwianie trzymała się wypracowanych zachowań, gnębiła słabości ukryta za maskami, których do końca nie rozumiała. Nie była na niego przygotowana.
Schwytał ją spojrzeniem. Usidlił uśmiechem. Zamknął w uścisku ramion. Pocałunkiem odebrał chęć ucieczki. 
Fascynacja. Inspiracja. Ciekawość. Niezaspokojone pożądanie. Rozkosze rozmów. Drażniące niedopowiedzenia. Zaskakujące podobieństwa. Niegasnące uśmiechy. 
Zatraciła się. Chciała być tylko bliżej i bliżej. Tylko z nim i tylko dla niego. Znać go najlepiej. Niczym szalony naukowiec, badała jego złożony charakter. Rozkładała go na czynniki pierwsze, zachwycała się każdą cząstką. Był nieskończony, nieskazitelny, pełen piękna i przyjemnego szaleństwa. Czasami miała wrażenie, że nie jest jedną osobą, ale skupiskiem niezwykłych charakterów. Zaskakiwał, kusił, nęcił, koił jej obawy i strachy miękkimi słówkami. Zafascynowana brała wszystko co jej dawał.
Pokazał jej tatuaże. Piękne, kolorowe, wykonane z mistrzowską precyzją zwierzęta, poruszające się drapieżnie wraz z ruchem jego mięśni. Pióra, łuski, sierść – wszystko lśniące, zachwycające i dające złudzenie realności. Godzinami wpatrywała się w jego artystyczne ciało, bez oporu dawała się wciągać w iluzję. 
Stał się jej marzeniem. Oddechem, bez którego nie mogła żyć. Magią, której szukała w niezadowalającej rzeczywistości.
Przestała czuć się sobą. Pragnęła być nim. Chciała zespolić się z jego różnorodnymi cząstkami. Chciała żyć wśród jego tatuaży. 
Nie miała pojęcia, co on myślał o niej. Czy cokolwiek do niej czuł. Nie interesowało jej to. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mógłby zrobić jej krzywdę. Że mógłby ją odtrącić. Stracić zainteresowanie. Porzucić. A jeśli był przy niej, niczego więcej nie było jej trzeba.
Przywiązała go do krzesła. Dłonie skrępowała długą liną, którą podwiesiła wysoko. Jego ręce luźno unosiły mu się nad głową. Był spokojny, zrównoważony, iskierki błyszczały zawadiacko w jego cudownych oczach, spodziewał się kolejnej zabawy, przyjemności, bliskości. Nie docenił jej fantazji ani determinacji. Ogromu jej miłości.
Zdziwił się na widok noża. Czyste, stalowe ostrze lśniło zimnym blaskiem. Skrzywił się, gdy wbiła mu ostry czubek narzędzia w nadgarstek. Zasyczał przeciągle, gdy pociągnęła rozcięcie po wewnętrznej stronie jego ręki. Krew zaczęła płynąć leniwie. Przy drugiej ręce krzyczał ze złości. Nóż przecinał jego tatuaże, rozdzielał nie tylko jego skórę, ale i ciała jego zwierząt. Połączyła rany rąk krwawą linią na wysokości obojczyka. Przy pociągnięciu noża w dół, pośrodku klatki piersiowej, prosto aż do pępka, nie odezwał się ani słowem. Patrzył jej w oczy z zawziętością i nienawiścią, na którą nie zasługiwała. Rozumiał jej działanie, a mimo to odrzucał jej uczucia, nie chciał ich, dawał do zrozumienia, że ona jest dla niego niewystarczająca. Usiadła mu na kolanach, oplotła jego tors nogami. Patrzyła na niego otumaniona miłością, nieświadoma odrzucenia. Przytuliła się do niego, wpasowała się w jego rany, przyłożyła swoje ręce do jego poranionych. Rozkoszowała się zapachem jego krwi i bliskością jego wnętrza. Zanurzała się głębiej i głębiej, ciało zaczęło wnikać w ciało, dusze zbliżały się do siebie coraz bardziej.
Zwierzęta na jego skórze poruszyły się. Samoistnie, bez jego udziału i nie były już tylko iluzją. Kruk wytatuowany na jego barku i szyi, oderwał głowę od jego ciała, wyrwał swoje skrzydła i zaatakował jej twarz. Dzióbiąc, dłubiąc, szarpiąc. Zaskoczona, nie miała jak się bronić, a za nic nie chciała odsunąć się od swojego ukochanego. Płaty skóry zwisały jej z policzków. Do kruka dołączył potężny tygrys i wgryzł jej się w ramię. Szarpnięciem łba oderwał ją od niego. Z nieprzyjemnym mlaśnięciem ona odkleiła się od jego wnętrza, od rany, która miała ich zespolić. Trzymała mocno rękami, ale zaatakowały ją jego węże, jaszczurki, a nawet słodkie koliberki, które tak uwielbiała. Pokonana spadła z jego kolan. Błagała o litość, przepraszała za swoją bezczelność i miłość. Tłumaczyła, że nie chciała zniszczyć jego niezależności, nie chciała go odebrać światu. Jedyne czego pragnęła to być jego częścią, choćby nic nieznaczącą. Być obecną w jego życiu, nawet jeśli ignorowałby ją nieustannie. Pomagać mu i pocieszać, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Zrezygnowała dla niego ze swojej siły, stabilizacji i szacunku do samej siebie. 
Myszy wyzwoliły mu ręce z więzów. Wstał z krzesła pełen pogardy i wstrętu. Kopnął ją od niechcenia, przewracając na plecy. Widziała, jak zadana przez nią rana się zasklepia, jak znów pojawiają się całe tatuaże, piękne i hipnotyzujące. A potem na jej twarz znów opadł kruk i wbił jej dziób prosto w oko, szarpał i wyłupił je. Zajadał się kawałkami jej twarzy, tak jak tygrys obżerał się resztą jej ciała. On patrzył bezlitośnie, niewzruszony jej udręką. W końcu znudzony, odwołał swoje pupile, które wchłonęły się w jego skórę. Poruszył zmysłowo ramionami, rozluźnił napięte mięśnie, odwrócił się od niej i odszedł. Jej truchło, poszarpane resztki, zbeszczeszczone ego, leżało niechciane na podłodze. Dookoła unosił się smród krwi, zwierząt i gnijącego trupa. Umierając, patrzyła jedynym ocalałym okiem, jak jej miłość odchodzi. Jak ją porzuca.

Cdn.

piątek, 20 lutego 2015

Równowaga lodu

Niewzruszona.
Nieporuszona.
Nieczuła.

Kobieta bez smaku, zapachu, wyglądu.

Niewarta zapamiętania.
Beznamiętna.
Skuta lodem.

Roztacza dookoła siebie nieprzyjemny chłód.

Znieczulona na świat.
Obojętna na ludzi.
Niezdolna do kontaktów.

O zimnym, przeszywającym spojrzeniu.

Nie pragnęła emocji.
Nie chciała uczuć.
Nie mogła rozbudzić w sobie pasji.

Była szczęśliwa w twardym lodowym kokonie.

Słowa nie sprawiały jej bólu.
Czyny nie mogły jej zranić.
Miłość nie dawała jej niczego.

Dążyła do nieistotnych celów z uporem gleczeru.

Zaskoczył ją.
Zupełnie się tego nie spodziewała.
Oniemiała.

Jego wygląd nie miał dla niej najmniejszego znaczenia.

Męski głos.
Głęboki tembr.
Niezapomniana, drażniąca chrypka.

Poruszył w niej wrażliwe struny.

Wzniecił iskrę.
Rozbudził ogień.
Wywołał pożar.

Stała bezradna w kałuży stopionego lodu.

Drżała wychłodzona.
Drgała wystraszona.
Dygotała w panice.

Zalał ją żar długo tłumionych emocji.

Płonęła.
Skóra skwierczała w ogniu.
Płuca dusiły się dymem.

Krzycząc z bólu, poddała się jego melodii.

Odszedł.
Wróciła pustka.
Przywołała lód z powrotem.

Ukryta we własnej głowie, tęskniła za gorącym szaleństwem.



wtorek, 20 stycznia 2015

Szaleństwo poranka

Budzę się zmęczona.
Przestraszona, zgnębiona, zagubiona.
Wyciągam spod poduszki książkę i tulę do niej twarz.

Wciągam jej zapach.
Dotykam jej stronic.
Uspokajam oddech.

Zwłoki, odcięte kończyny, pokrzywione ciała.
Potwory, monstra, niegościnne światy.
Spycham sny w głąb świadomości.

Wstaję i idę do łazienki.
Obrzydzenie ściska mi trzewia.
Bakterie, wydzieliny, smród.

Szoruję się mocno.
Skóra się łuszczy, włosy wypadają.
Umieram w każdej chwili.

Woda spływa po twarzy.
Oddech staje się znośny.
Wbijam paznokcie w ciało, ból dodaje otuchy.

Ruszam do kuchni.
Herbata i proste śniadanie.
Proste czynności przywracają równowagę.

Przeżuwanie.
Staram się nie myśleć o chemicznym procesie, jaki rozpoczęłam kęsem kanapki.
Ani o tym, że będę musiała to wydalić.

Wracam do pokoju.
Otwieram szafę.
Staram się ubrać.

Moje ciało jest blade i miękkie.
Obrzydliwe.
I bezbronne.

Zaciskam zęby.
Tak bardzo pragnę być w czymś innym.
W ciele umięśnionym, okrytym futrem, złączonym z naturą.

Oddycham głęboko.
Panicznie szukam kontroli.
Boję się własnej głowy.

Wychodzę z mieszkania.
Poranne powietrze, ćwierkające ptaki, słońce w liściach drzew.
Najgorsze już za mną.

czwartek, 15 stycznia 2015

Przypowieść o gwoździach

Szare, ciężkie chmury smętnie sunęły po niebie. Były bardzo nisko, zahaczały o szczyty budynków i dążyły do tylko sobie znanego celu. Obojętne na ziemskie sprawy, niewzruszone na wszelkie krzywdy. Płynęły przed siebie, odwracały wzrok w stronę kosmosu, gdzie działy się rzeczy piękniejsze.
Słońca nie było.
Świat pogrążony był w smętnym mroku. Powietrze było lepkie i gęste, nie przynosiło wytchnienia zadymionym płucom. Ptaki zniknęły, inne zwierzęta pochowały się w lasach i parkach. Drzewa chwyciły się za gałęzie i odgrodziły naturę od nadchodzącego szaleństwa.
Ludzie błąkali się bez celu. Beznamiętni, pozbawieni emocji, wyprani z życia. Potrącali się, odbijali od ścian, gromadzili się, jakby w poszukiwaniu odrobiny ciepła.
Rozległ się krzyk. Wysoki, przeraźliwy wrzask. Nie zdążył wybrzmieć do końca, gdy zagłuszyła go zgraja innych. Hałas osiągnął niewyobrażalną wysokość. Ludzie zaczęli poruszać się szybciej, wzbijali tumany kurzu w nieruchome powietrze. Nie było czym oddychać. Krzyki wwiercały się w głowę.
Rozległ się stukot młota. Pociągnął za sobą inne. W moment wszędzie można było zobaczyć, jak ludzie namiętnie wbijają sobie olbrzymie gwoździe w stopy. Przybijali się do wyschniętej ziemi, która chłonęła ich gorącą krew. Jęki zastąpiły wrzaski. Prośby i błagania mieszały się z płaczem i zgrzytaniem zębów. Rozpaczanie, zadręczanie się, pogrążanie w bezradności. Niektórzy rozdrapywali rany, które sami sobie zadali, tylko po to, by bolało jeszcze bardziej. Głupota, słabość, żałosna potrzeba pocieszenia. Ludzie przybici do rzeczywistości, pozbawieni możliwości wzlotu. Szara masa bez inicjatywy, pozbawiona siły i kontroli nad sobą.
Nie wszyscy dali się ponieść szaleństwu. Część uciekła, skryła się w ciemnych zakątkach i z niepokojem przyglądała się rozwojowi wydarzeń. Inni z perfidną dumą i bezczelnością przechadzali się między cierpiącymi. Czerpali radość z bólu i obezwładniającego smutku. Tańczyli między pogruchotanymi, krwawiącymi stopami. Brudne, zardzewiałe gwoździe oskarżycielsko wskazywały na niebo.
Młoty znów ruszyły. Tym razem pracowały w rękach psychopatów. Ich drwiący śmiech zagłuszał jęki i błagania o pomoc. Kolejne gwoździe były wbijane w dłonie bezsilnych. Jęki utworzyły jednostajny szum. Przybici zaczęli chwiać się równocześnie. Wprowadzili się w trans zupełnego otępienia. Otoczyli się aurą cierpienia. Nie szukali drogi wyjścia, poddali się. Ich twarze straciły jakikolwiek wyraz. Ślina wypływała z ich ust wraz ze skargami. Krew, łzy, ślina, pot. Zmieszane z suchą ziemią stworzyły lepkie, obrzydliwe błoto. Nękającym znudziły się gwoździe, zaczęli rzucać w cierpiących kamieniami.
Kilku przybitych zaczęło się szarpać, wić, walczyć. Zębami wyrywali sobie gwoździe z dłoni, lecz nie mogli poradzić sobie ze stopami. Ciągnęli za nogi z coraz mniejszą nadzieją. W cieniu nastąpiło poruszenie. Uciekinierzy naradzali się pośpiesznie. Wcześniej uznali, ze pomoc cierpiącym się nie należy. W końcu sami doprowadzili się do takiej sytuacji. Sami wywołali swój ból, sami wybrali cierpienie. Ale gdy nieliczni zaczęli walczyć, sytuacja się zmieniła. Starania należy doceniać. Chęć zmiany na lepsze daje wiarę postronnym. Uciekinierzy chwycili za siekiery.
Ruszyli stanowczo i bez współczucia. Zanurzyli się w poraniony tłum przytłoczony rzeczywistością. Psychopaci chcieli im przeszkodzić, lecz na widok zdecydowania i zacięcia na ich twarzach, wycofali się na swoje miejsca i kontynuowali swoją zabawę.
Pierwsza siekiera opadła. Trzasnęły kości, trysnęła krew. Ciało uwolnione od problemu uniosło się bezwładnie. Krew ciekła z nóg pozbawionych stóp. Ale rany się zagoją. Człowiek nauczy się żyć bez oparcia. Z chęcią walki, z motywacją może zdobyć wszystko. Uwolniony od ziemskich problemów, wyolbrzymionych drobiazgów, znów może marzyć. I wznieść wzrok ponad chmury.
Siekiery pracowały bez wytchnienia, ciała unosiły się uwolnione. Ale to i tak było za mało. Jęki nadal wybrzmiewały, szlochy i błagania otumaniały. Cierpiący pozostali na swoich miejscach za towarzystwo mając zmasakrowane, odcięte stopy.
Stare, zardzewiałe gwoździe wskazywały niebo. Gdzieś tam czekały gwiazdy.

wtorek, 30 grudnia 2014

Mrok kryje wiele tajemnic. Władca dusz.

Dla Innego.


Krążyły o nim opowieści.
Kuszące. Zachwalające. Z posmakiem tajemnicy.
Wyłonił się z mroku.
Elegancki. Pewnym krokiem. Błysnął uśmiechem.
Nachylił się. Ucałował w policzek. Owionął zapachem drogich perfum.
Tylko oczy pozostawały zimne. Mową ciała wyrażał ciepło, zaangażowanie i pozytywną energię. Zamykał się w wewnętrznej twierdzy, nie dopuszczał do swojego środka. Jednocześnie kusił swoją tajemnicą, częstował jej kawałeczkami, z wyższością przyglądał się uwielbieniu maluczkich.
Wysoki, niesamowicie przystojny, perfekcyjny. Blada cera kontrastująca z ciemnym brązem jego starannie zaczesanych do tyłu włosów. Ostre, wyraziste rysy twarzy świadczące o szlachetności, mądrości, ale i skłonności do melancholii. Wypielęgnowane dłonie o długich palcach, mocne mięśnie gładko poruszające się pod skórą, drwiący uśmiech krwistych ust. Zawsze elegancki, ubrany w trzy-częściowy garnitur, zwykle w ciemnych kolorach. Dla obcych wyniosły, bliskich karmił swoim sercem. I tylko oczy pozostawały zimne.
Pomimo ukrytego w nich lodu, niezwykle przyciągały uwagę. Magnetyczne, przeszywające, głębokie. W różnych kolorach, lewe granatowe, prawe szmaragdowe. Zadziwiające.
Zrodzony dla bólu. Odrodzony ze słabą radością życia.
Płonął, spalał się. Zawsze w pogoni za doskonałością i romantyczną miłością, w wiecznej ucieczce przed samotnością i śmiercią. Nie bał się bólu. Pragnął go, doszukiwał się w nim życia, samoświadomości, słusznego utrapienia. Spijał komplementy do nieprzytomności, wchłaniał zachwyty nieumiarkowanie, łaknął dotyku i bliskości ciągle nienasycony.
Błądził. Gubił się. Tworzył. Zaraz potem niszczył. Pięknie łączył słowa. Wyplatał z nich przyjemne wzory, miękko otulał nimi słabych, silnych traktował z szacunkiem, jak równych sobie i rzucał im dosadną prawdę prosto w twarze.
Tkał iluzję intymności, by chronić swoje tajemnice.
Pokochałam go. Z pełną świadomością beznadziejności tego uczucia. Pociągała mnie jego głębia, niezmierzony ból i wiekowa mądrość. Chciałam być blisko. Chciałam mu pomóc, ukoić, uspokoić. Rozniecić tą tlącą się iskierkę radości. Przepadłam w mroku. Potrzebowałam oddechu, czasu, zrozumienia. Odeszłam. Porzuciłam. Zniknęłam dla niego.
Byłam kolejną, która nie wytrzymała. Niegodną, słabą, godną jedynie pożałowania. Wbiłam mu sztylet w pierś i zostawiłam konającego. Uważałam się za kogoś wyjątkowego, silniejszego, być może nawet lepszego od wszystkich. Byłam dumna i wyniosła. Tak bardzo pragnęłam być niepowtarzalna. Uwierzyłam, że potrafię go uratować. To upewniłoby mnie w wyimaginowanej wspaniałości.
Odeszłam jak najzwyklejsza, marna osoba. Jak każdy.
Nie zauważyłam czegoś. Gdy zabrakło go u mego boku, moja dusza zaczęła krzyczeć. Tłukła się w okowach mojego ciała, wyrywała się do czegoś, rozpaczała po nieokreślonej stracie. Z czasem zmarniała, skuliła się gdzieś w głębi umysłu i niedostrzegalnie łkała. Zapomniałam o niej, tak jak zapomniałam o nim. Jedynie w czasie pełni księżyca, spowita bladoniebieskim blaskiem, wyłam rozpaczliwie do czarnego nieba.
Wyłonił się z mroku. Podczas pewnej pełni, gdy klęczałam na twardej ziemi i wpatrywałam się zahipnotyzowana w srebrny dysk, pojawił się znikąd. Poczułam od razu jego piękne perfumy, potężną energię i swoją duszę. Zerwała się gwałtownie i ruszyła w jego stronę. Poderwałam się, podbiegłam do niego i padłam do jego stóp. Błagałam płacząc, korzyłam się szczęśliwa, że znów jest przy mnie. Poczułam jego rękę na moich włosach, spojrzałam w górę i utonęłam w tym lodowatym morzu. Poczułam w nich radość, miłość i ogrom żalu. Jego rozpacz i rozczarowanie zalały mnie. Zakrztusiłam się, upadłam na plecy, zaczęłam drgać spazmatycznie. Nagle wszystko ustało. Odetchnęłam, ociężale podniosłam się, a moja dusza zaczęła tańczyć. Odważyłam się spojrzeć w jego stronę, stał wyniosły z ręką wysuniętą przed siebie. W jego dłoni wirowała kula niebieskiej energii. Skrzyła się, strzelała wyładowaniami. Nie mogłam oderwać od niej oczu. To byłam ja. Moja część. Mój kawałek. Mój brakujący element. Coś czego potrzebowała dusza we mnie, by znów być pełną i spokojną.
Nie zamierzał mi tego oddać. Patrzył z wyższością na moją tęsknotę. A potem zanurzył swoją piękną twarz w cząstkę mojej duszy. Niebieska energia wlała mu się do ust, zapchała nos, wdarła się do oczu. Odchylił głowę do tyłu, rozłożył szeroko ręce, odetchnął w ekstazie. Elektryczne blaski  zniknęły. Teraz byłam jego częścią.
Zaczął tańczyć. Na początku spokojnie, poruszał się jakby smagany wiatrem. Coraz energiczniej giął się we wszystkie strony, ręce pływały unoszone niewidzialnymi falami. Nogi zaczęły wystukiwać niespokojny, szybki rytm. Nie mogłam mu się oprzeć. Wciąż roztrzęsiona, wstałam i dołączyłam do niego. Chwycił mnie silnie, władczo przyciągnął do siebie. Wirowaliśmy razem, unosiliśmy się ponad świat. Wieczny władca i jego zdradziecka poddana. Tańczyliśmy coraz gwałtowniej, nie mogliśmy złapać oddechu, żadne z nas nie zamierzało przestać. Zachłannie nurzaliśmy się w sobie. Zaczęliśmy się przenikać, aż w końcu staliśmy się jednym. Hybrydą o nieokreślonym wyglądzie. Byłam nareszcie w całości. Szczęśliwa. Wyjątkowa. I nic więcej się nie liczyło.
Obudziłam się obolała następnego wieczora. Leżałam brudna na środku przeoranego pola. W zasięgu wzroku nie miałam nic konkretnego. Jedynie połacie nieskończonej ziemi. Byłam sama, porzucona, zagubiona bezgranicznie. Nie wiedziałam, w którą stronę się udać. Zmrok zapadał szybko, coraz mniej widziałam. Pojawił się księżyc, otulił mnie swoim blaskiem. Postanowiłam zaczekać, być może ratunek nadejdzie z mroku. Nie myliłam się.
Ale nie wyłonił się tak jak zawsze. Nadal elegancki i piękny, ale przestraszony i jakby zgnębiony. Nie był sam. Za nim kroczyła bogini. Była olśniewająca, spowita w najgłębszą czerń, mocno kontrastującą z jej białą cerą. Jej czarne, proste włosy unosiły się dookoła głowy poruszane energią wszechświata. Jej twarz nieustannie się zmieniała. Młoda i piękna, w następnej chwili była złą staruchą. Sunęła w powietrzu, jakby w ogóle nie dotykała podłoża. Nie rozglądała się, nie rozpraszała, dążyła do celu. On szedł przed nią, niepewny, niespokojny i przytłoczony jej obecnością. Niósł ogromną kosę, w której ostrzu odbijało się światło księżyca. Rękojeść kosy była wykonana z czarnego, starego, powykręcanego drewna. Broń musiała należeć do kobiety. On pozbawiony był tej aury tajemniczości, którą miał zawsze. Zrozumiałam, że był jej podwładnym, spętanym niewolnikiem bez możliwości ucieczki. A ja należałam do niego.
Stanęli nade mną. Jego twarz wykrzywiona była bezbrzeżnym smutkiem, jej opanowana była przez głód i żądzę. Nagle za jej plecami rozłożyły się olbrzymie skrzydła, otulone kruczymi piórami. Przysłoniły księżyc, dla mnie nastał nieprzenikniony mrok. Zauważyłam jedynie krótki błysk ostrza kosy, usłyszałam świst opadającego ostrza. Moja głowa upadła miękko, oddzielona od reszty ciała. Krew trysnęła, czarna bogini gwałtownie pochyliła się nad moim truchłem i zachłannie zaspokoiła swoje pragnienie. Podniosła się zadowolona, strużka krwi wypłynęła jej z kącika ust. Starła ją palcem, zlizała z lubieżnym uśmiechem. Podniosła kosę, uderzyła skrzydłami i odleciała w ciemność. On schylił się i podniósł moją głowę. Przyłożył swoje czoło do mojego i trwał tak chwilę. Później upuścił ją, odwrócił się i nie oglądając się za siebie odszedł w swój bezpieczny mrok.
Nigdy nie dowiedziałam się, kto mnie ściął.