Twój zapach. Wszędzie. Otacza mnie ciasnym kokonem. Wdycham cię zachłannie, przyprawiając się o zawroty głowy. Chcę pamiętać.
Przyglądam ci się. Śpisz tak spokojnie. Jesteś taki piękny i męski. Dotykam twojej skóry. Czuję przyjemny chłód i wilgoć. Zlizuję twój pot z opuszków. Przesuwam językiem po podniebieniu, by twój smak dłużej pozostał mi w ustach.
Czuję miłość, namiętność i pożądanie. Jeszcze raz przesuwam dłonią po twoim ciele. Szmer paznokci przesuwających się po skórze przyprawia mnie o przyjemne dreszcze. Wyciągam się przy twoim boku, mrucząc jak rozleniwiony kot. Gładzę twój tors, silne ręce, całuję twoją twarz. Przeczesuję ci włosy palcami i delikatnie rozkładam je na poduszce. Przerzucam jedną nogę na twój drugi bok i siadam na tobie. Wyciągam ręce nad siebie i jeszcze raz przeciągam się z jękiem.
Wbijam ci paznokcie w pierś. Przebijam skórę i zanurzam palce we krwi. Nie reagujesz. Twoje ciało jest martwe.
Trup. Zwłoki. Szczątki. Padlina. Ścierwo.
Otworzyłam się przed tobą. Pokazałam twarz nieznaną innym. Podałam ci serce, które ze wzruszeniem przyjąłeś. Śpiewałeś o miłości i radości, jaką ci daję. Zachwycałeś się ciałem, umysłem, duszą. Tuliłeś, gładziłeś, całowałeś.
Spaliłeś nasze szczęście w słodkawych oparach. Pogrzebałeś miłość pod kwaśnym odorem alkoholu. Znudzony światem szukałeś rozrywek. Płakałam.
Byłam słaba i pozwoliłam ci odejść. Nie popełnię już tego błędu. Już zawsze będziesz przy mnie. Nie opuścisz mnie już nigdy.
Wyciągam palce z ran. Zlizuję twoją krew, tak słodką, tak smaczną. Wyciągam spod paznokci kawałki mięsa. Smakujesz tak dobrze. Chwytam za nóż. Ręce drżą mi z podniecenia. Nie wiem gdzie zacząć. Właściwie nie wiem, jak się do tego zabrać. Nigdy tego nie próbowałam. Dzięki tobie poznaję tyle nowych rzeczy kochanie. Wkładam czubek w ranę po paznokciu. Przesuwam ostrze ale skóra jest elastyczna, opiera się i walczy. Nie chce dopuścić mnie do twego ciała. Krew wylewa się się z ciebie czerwonym strumieniem. Drżę niespełniona.
Wyjmuję nóż i oddycham głęboko, by się uspokoić. Patrzę na twoją twarz i przepełnia mnie miłość. Wargi zaczynają nabierać bladoniebieskiego koloru. Zachłannie wbijam się w twoje usta, by ostatni raz zasmakować twoich pocałunków. Chcę pamiętać.
Zagryzam zęby. Ciepła krew tryska mi prosto w gardło. Odrywam mięsiste kawałki skóry. Wypluwam twoje wargi na otwartą dłoń i przyglądam się im z czułością. Krew spływa mi między palcami i po brodzie. Patrząc w twe szczerzące się do mnie zęby, wkładam twoje usta do swoich. Przeżuwam je zapamiętale, miażdżę je i rozdzielam na kawałeczki. Ślina miesza się z krwią. Zmieszana wydzielina skapuje mi z brody na nagi biust. Przecieram krople zakrwawioną dłonią, dodając tylko więcej brudu.
Naglę czuję potężny przypływ mocy. Twoja obecność, ze mną, we mnie, na mnie, staję się silna i przejmująca. Chwytam ponownie za nóż i rozcinam ci brzuch. Jelita wypadają na podłogę z cichym mlaśnięciem. Dopadam do rany i zanurzam ręce, aż po łokcie. Nacieram twarz, piersi i brzuch twoją krwią. Otulam się ciepłem twojego ciała. Wchłaniam siłę twojej osoby.
Chwytam za krawędź rany i wbijam nóż tuż pod skórą. Przeciągam ostrze ostrożnie, ale stanowczo, i oddzielam ciało od powłoki. Wycinam spore płaty twojej skóry i przykładam je sobie do ciała. Chcę zatopić się w tobie, chcę byś otaczał mnie z każdej strony. Chcę być z tobą jednością. Te uczucia są tak przejmujące i silne, że nie potrafię myśleć o niczym innym. Nic się nie liczy, tylko ty. Nóż wypada mi z drżących rąk ale nie przerywam. Z niecierpliwością rozrywam skórę, żyły, mięśnie, narządy. Mokre od krwi włosy przylepiają mi się do twarzy.
Oblepiona kawałkami twojej skóry staczam się z resztek twojego ciała. Ślizgając się we krwi dopadam do stołu, gdzie czeka przygotowany wcześniej słój. Wypełniony alkoholem doskonale zakonserwuje twój ulubiony narząd. Twoją dumę, małego przyjaciela.
Odnajduję porzucony nóż i stanowczo wbijam go w twoje krocze. Wycinam twój skarb i wpycham go do słoja. Patrzę na genitalia z miłością równą twojej. Spoglądam na twoją okaleczoną twarz. Dotykam twoich włosów. Wplatam w nie palce i zaciskam mocno. Ściągam ci skalp. Zawsze uwielbiałam cię czesać.
Już w ogóle nie przypominasz osoby, którą byłeś kiedyś. Nie jesteś już silnym i pewnym siebie mężczyzną. Taki rozsypany i bezbronny wzruszasz mnie do głębi.
Wyłamuję ci żebra. Kaleczę dłonie o kawałki kości. Rozgarniam tkanki, żyły, krew chlupocze wesoło. Dobieram się do twego serca. Zdecydowanym szarpnięciem wyrywam ten cudowny mięsień. Krew leje się we wszystkie strony. Tulę twe serce w dłoniach, przytulam je do twarzy, wbijam w nie zęby. Żylaste mięso grzęźnie mi w ustach. Nie mogę go przełknąć, ale przypominam sobie twoją radosną twarz. Zjadam je do końca.
Już nikt mi cię nie odbierze.
Zawsze będziemy razem.
Nic nas nie rozdzieli.
Kocham cię.
czwartek, 7 listopada 2013
czwartek, 24 października 2013
Obraz
Chaos. Nieokiełznany, bezbrzeżny chaos. Miliony zapachów, miliardy obrazów, biliony dźwięków. Skłębiony mętlik oddychający w powolnym rytmie życia.
Beton. Szarość. Chłód. Gładkie mury więżą cię między sobą. Łamiesz paznokcie przy próbie wdrapania się na ścianę. Bezradnymi ciosami starasz się choć trochę naruszyć strukturę. Łzy bezradności skapują na poranione dłonie. Kręcisz się od ściany do ściany, wydeptując ścieżkę wśród pożółkłej trawy.
Jednak z czasem na gładkiej, cementowej powierzchni pojawiają się cieniutkie pęknięcia. Z cichym chrzęstem odpadają kawałki otaczającego cię więzienia. Znienawidzony mur ulega zniszczeniu, a ty z niecierpliwością i dziecięcą ciekawością czekasz na nowy obraz świata.
I staje się. Zalewa cię mętna, dusząca masa wszystkiego. Twarze, dźwięki, smaki, zapachy, dotknięcia, słowa, brud, krzyk, zniszczenie, śmierć. Przedzierasz się przez gęstość tego świata, ledwo łapiąc oddech. Między ścianami miałeś swój kawałek wydeptanej trawy. Tutaj jesteś dokładnie oblepiony życiem innych ludzi. Wyciskają z ciebie resztki powietrza. Napierają na ciebie, by zagrabić jak najwięcej dla siebie. Łakną każdej cząsteczki twojego ciała. Ich żądze przerażają cię. Chcesz uciekać jak najdalej, chcesz biec i czuć wiatr we włosach, chcesz być wolny. Stajesz się brutalny i bezlitosny ale wybijasz się przed innych. Uderzasz, gryziesz, walczysz o możliwość oddechu.
Gdy zauważasz, że za tobą podąża rozpalony tłum, jest już za późno. Dookoła tylko ciała, krew oraz bzyczące owady. I wiecznie głodny tłum skandujący "więcej, więcej!". Stajesz i przyglądasz się obrazowi, który namalowałeś. Rozrzucone członki, wylewające się wnętrzności, pulsująca krew wypływająca z rozerwanych żył. Fekalia, rozbite oczy, mózgi wsiąkające w ziemię.
"Więcej, więcej!"
Spoglądasz na rozszalały tłum u swoich stóp. To twoje pragnienie lepszego życia doprowadziło ich tutaj. Twoja wizja swobody i wolności wyzwoliła w nich zwierzęta. Wgryzają się w swoje ciała bez rozróżnienia, kto jest wrogiem. Ty też nie rozróżniasz kto poszedł za tobą, a kto tylko stał ci na drodze.
Jednolita masa gniewnych ciał. Jedno marzenie o lepszym życiu.
Wielość ludzkich umysłów. Różnorodność patrzenia na świat. Mnogość serc pragnących miłości.
Teraz wszystko to zmieszane w jeden obrzydliwy obraz zniszczenia. Nędzna śmierć i wygłodniałe życie zwarte w żelaznym uścisku. Gniew i żałość uderzające w siebie falami. Pełne wyrzutu krzyki, płaczliwe głosy błagające o litość.
Patrzysz, analizujesz, interpretujesz. Nie wiesz jak do tego doszło. Nigdy tego nie chciałeś. Marzyłeś o życiu bez lepkiego tłumu dookoła, a stałeś się wodzem i bohaterem bezmózgiego stwora.
Bez słowa odchodzisz w dal. Pozostawiasz walczący wir za sobą. Znajdujesz miejsce ciche, spokojne z zieloną, soczystą trawą. Oddychasz pełną piersią.
Nie czujesz wyrzutów sumienia.
Każdy w końcu umrze.
Beton. Szarość. Chłód. Gładkie mury więżą cię między sobą. Łamiesz paznokcie przy próbie wdrapania się na ścianę. Bezradnymi ciosami starasz się choć trochę naruszyć strukturę. Łzy bezradności skapują na poranione dłonie. Kręcisz się od ściany do ściany, wydeptując ścieżkę wśród pożółkłej trawy.
Jednak z czasem na gładkiej, cementowej powierzchni pojawiają się cieniutkie pęknięcia. Z cichym chrzęstem odpadają kawałki otaczającego cię więzienia. Znienawidzony mur ulega zniszczeniu, a ty z niecierpliwością i dziecięcą ciekawością czekasz na nowy obraz świata.
I staje się. Zalewa cię mętna, dusząca masa wszystkiego. Twarze, dźwięki, smaki, zapachy, dotknięcia, słowa, brud, krzyk, zniszczenie, śmierć. Przedzierasz się przez gęstość tego świata, ledwo łapiąc oddech. Między ścianami miałeś swój kawałek wydeptanej trawy. Tutaj jesteś dokładnie oblepiony życiem innych ludzi. Wyciskają z ciebie resztki powietrza. Napierają na ciebie, by zagrabić jak najwięcej dla siebie. Łakną każdej cząsteczki twojego ciała. Ich żądze przerażają cię. Chcesz uciekać jak najdalej, chcesz biec i czuć wiatr we włosach, chcesz być wolny. Stajesz się brutalny i bezlitosny ale wybijasz się przed innych. Uderzasz, gryziesz, walczysz o możliwość oddechu.
Gdy zauważasz, że za tobą podąża rozpalony tłum, jest już za późno. Dookoła tylko ciała, krew oraz bzyczące owady. I wiecznie głodny tłum skandujący "więcej, więcej!". Stajesz i przyglądasz się obrazowi, który namalowałeś. Rozrzucone członki, wylewające się wnętrzności, pulsująca krew wypływająca z rozerwanych żył. Fekalia, rozbite oczy, mózgi wsiąkające w ziemię.
"Więcej, więcej!"
Spoglądasz na rozszalały tłum u swoich stóp. To twoje pragnienie lepszego życia doprowadziło ich tutaj. Twoja wizja swobody i wolności wyzwoliła w nich zwierzęta. Wgryzają się w swoje ciała bez rozróżnienia, kto jest wrogiem. Ty też nie rozróżniasz kto poszedł za tobą, a kto tylko stał ci na drodze.
Jednolita masa gniewnych ciał. Jedno marzenie o lepszym życiu.
Wielość ludzkich umysłów. Różnorodność patrzenia na świat. Mnogość serc pragnących miłości.
Teraz wszystko to zmieszane w jeden obrzydliwy obraz zniszczenia. Nędzna śmierć i wygłodniałe życie zwarte w żelaznym uścisku. Gniew i żałość uderzające w siebie falami. Pełne wyrzutu krzyki, płaczliwe głosy błagające o litość.
Patrzysz, analizujesz, interpretujesz. Nie wiesz jak do tego doszło. Nigdy tego nie chciałeś. Marzyłeś o życiu bez lepkiego tłumu dookoła, a stałeś się wodzem i bohaterem bezmózgiego stwora.
Bez słowa odchodzisz w dal. Pozostawiasz walczący wir za sobą. Znajdujesz miejsce ciche, spokojne z zieloną, soczystą trawą. Oddychasz pełną piersią.
Nie czujesz wyrzutów sumienia.
Każdy w końcu umrze.
wtorek, 8 października 2013
Oczami duszy
Zainspirowana przez Alka.
Wszędzie i nigdzie.
Oddycham bez powietrza.
Biegnę nie ruszając się z miejsca.
Krzyczę bez głosu.
Tonę w bezmiarze ludzkich ciał.
Miliony nieustających głosów, mówiących ciągle to samo. Monotonnie. Szeptem. Świergotem. Rozemocjonowanie. Krzykiem. Wszystko nakłada się na siebie, tworząc nieokiełznany sztorm dźwięków. Gwałtownie i chaotycznie zalewa mi uszy, wywołując ból głowy.
Setki, tysiące nagich ciał kłębiących się w nieokreślonym celu. Dążących do spełnienia. Ekstazy. Zapomnienia.
Samoakceptacji. Wszystkie działania sprowadzają się do tego, co tak naprawdę o sobie myślimy. Wieczne rozterki. Rozmyślania. Dywagacje. I łatwiej znaleźć kogoś, kto pokocha, niż kochać samego siebie. Potrzeby. Wymagania. Przyjemności.
Głęboka pogarda za przeszłe czyny. Strach przed przyszłą formą osobowości. Teraźniejszy smutek wywołany codziennością. Łzy utraconej miłości.
Nie mogę mówić o samotności. Nie mogę twierdzić, że nie mam nikogo. Dookoła mnóstwo dobra, życzliwości, uśmiechu. Powracają byli przyjaciele, przyzwyczajam się do nowych szaleńców. Ciepło, radość, wspólnota. Brakuje kogoś.
Kogoś zupełnie innego.
Dzikie usta obcych. Niezaspokojone żądze starych znajomych. Bezmyślne szarpanie mego ciała, by zagrabić jak najwięcej. Jakby moje słowa nie miały znaczenia. Jakby mój ból był słuszny. Jakbym się w końcu doigrała.
Nie przeczę.
Nocne koszmary pełne dziwactw. Stopy poprzebijane zardzewiałymi gwoździami, wędrujące wzdłuż strumienia. Znajomi z poderżniętymi gardłami wyciągający błagalnie ramiona. Zawieszone w nicości usta, wypełnione poczerniałymi kłami. Gnijące, robaczywe skrawki ciała zwisające z mięsistych warg. Głowy nieznajomych ukoronowane szklanymi odłamkami.
I cisza. Tak upragniona i błoga. A jednak przerażająca. Budzę się i szukam czegoś znajomego.
Kiedyś był on. Wtulona w jego ciepły brzuch, zawsze spałam spokojnie. Otoczona jego obecnością byłam bezpieczna.
Wtedy brakowało mi koszmarów.
Tęsknię i to uczucie wypala mi wnętrzności. Pustka jest ze mną w każdej chwili, niezależnie od zmiany sytuacji. Czas się z nią zaprzyjaźnić lub przynajmniej zaakceptować.
A jednak widząc zakochanych mam ochotę wyłupić sobie oczy. Rozszarpać wypielęgnowanymi paznokciami delikatną skórę powiek. Rozciągnąć, naderwać, odciąć chociażby nożyczkami. Oczy pozbawione tego kawałka skóry i lekkiego cienia rzęs, tracą zmysłowość. Przestają zachwycać pięknem. Stają się przerażające w swej potworności. Bezradnie wytrzeszczone sprawiają, że inne oczy nie chcą na mnie patrzeć.
Delikatnie, wręcz z czułością wbijam palce dookoła oka. Ostrożnie, by uniknąć pęknięcia. Śluz, krew oraz zaokrąglona masa w moich palcach przyprawia mnie o dreszcze. Gwałtowne pociągnięcie i jedna gałka leży nieruchomo na mojej dłoni. Źrenica patrzy na świat, którego już nigdy nie ujrzy. Samotna nić nerwu smętnie zwisa między palcami. Drugie oko spotyka ten samo los. Już z mniejszym pietyzmem, bardziej z mechanicznym zdecydowaniem.
I zapada ciemność. Wieczna.
Czuję jak po policzkach płyną mi ciepłe strumienie krwi. Spokojnie i majestatycznie przemierzają trasę, którą wielokrotnie spływały łzy.
Teraz nie zobaczę już nic, co mogłoby wywołać u mnie smutek.
Zwierciadłami mojej duszy są teraz dwa ciemne otwory wypełnione krwią.
Po omacku podchodzę do stołu, na którym stoi przygotowane akwarium pełne ruchu. Zanurzam ręce w szemrzącej masie, zduszając obrzydzenie. Wyciągam dłonie pełne nieustannie poruszających się mrówek. Przykładam ręce do oczodołów, a czerwone, gryzące drobinki ześlizgują się do środka. Ciemna pustka wypełnia się połyskującym, kłębującym się ruchem. Wygłodniałe owady wbijają swe małe szczęki we wszystko co się da. Z precyzją i ponurą systematycznością wygryzają sobie drogę do mózgu. Niszczą i zjadają galaretowatą tkankę, uwalniając mnie od nadmiaru wspomnień.
Żadnych obrazów. Żadnej tęsknoty. Żadnej miłości.
Wszędzie i nigdzie.
Oddycham bez powietrza.
Biegnę nie ruszając się z miejsca.
Krzyczę bez głosu.
Tonę w bezmiarze ludzkich ciał.
Miliony nieustających głosów, mówiących ciągle to samo. Monotonnie. Szeptem. Świergotem. Rozemocjonowanie. Krzykiem. Wszystko nakłada się na siebie, tworząc nieokiełznany sztorm dźwięków. Gwałtownie i chaotycznie zalewa mi uszy, wywołując ból głowy.
Setki, tysiące nagich ciał kłębiących się w nieokreślonym celu. Dążących do spełnienia. Ekstazy. Zapomnienia.
Samoakceptacji. Wszystkie działania sprowadzają się do tego, co tak naprawdę o sobie myślimy. Wieczne rozterki. Rozmyślania. Dywagacje. I łatwiej znaleźć kogoś, kto pokocha, niż kochać samego siebie. Potrzeby. Wymagania. Przyjemności.
Głęboka pogarda za przeszłe czyny. Strach przed przyszłą formą osobowości. Teraźniejszy smutek wywołany codziennością. Łzy utraconej miłości.
Nie mogę mówić o samotności. Nie mogę twierdzić, że nie mam nikogo. Dookoła mnóstwo dobra, życzliwości, uśmiechu. Powracają byli przyjaciele, przyzwyczajam się do nowych szaleńców. Ciepło, radość, wspólnota. Brakuje kogoś.
Kogoś zupełnie innego.
Dzikie usta obcych. Niezaspokojone żądze starych znajomych. Bezmyślne szarpanie mego ciała, by zagrabić jak najwięcej. Jakby moje słowa nie miały znaczenia. Jakby mój ból był słuszny. Jakbym się w końcu doigrała.
Nie przeczę.
Nocne koszmary pełne dziwactw. Stopy poprzebijane zardzewiałymi gwoździami, wędrujące wzdłuż strumienia. Znajomi z poderżniętymi gardłami wyciągający błagalnie ramiona. Zawieszone w nicości usta, wypełnione poczerniałymi kłami. Gnijące, robaczywe skrawki ciała zwisające z mięsistych warg. Głowy nieznajomych ukoronowane szklanymi odłamkami.
I cisza. Tak upragniona i błoga. A jednak przerażająca. Budzę się i szukam czegoś znajomego.
Kiedyś był on. Wtulona w jego ciepły brzuch, zawsze spałam spokojnie. Otoczona jego obecnością byłam bezpieczna.
Wtedy brakowało mi koszmarów.
Tęsknię i to uczucie wypala mi wnętrzności. Pustka jest ze mną w każdej chwili, niezależnie od zmiany sytuacji. Czas się z nią zaprzyjaźnić lub przynajmniej zaakceptować.
A jednak widząc zakochanych mam ochotę wyłupić sobie oczy. Rozszarpać wypielęgnowanymi paznokciami delikatną skórę powiek. Rozciągnąć, naderwać, odciąć chociażby nożyczkami. Oczy pozbawione tego kawałka skóry i lekkiego cienia rzęs, tracą zmysłowość. Przestają zachwycać pięknem. Stają się przerażające w swej potworności. Bezradnie wytrzeszczone sprawiają, że inne oczy nie chcą na mnie patrzeć.
Delikatnie, wręcz z czułością wbijam palce dookoła oka. Ostrożnie, by uniknąć pęknięcia. Śluz, krew oraz zaokrąglona masa w moich palcach przyprawia mnie o dreszcze. Gwałtowne pociągnięcie i jedna gałka leży nieruchomo na mojej dłoni. Źrenica patrzy na świat, którego już nigdy nie ujrzy. Samotna nić nerwu smętnie zwisa między palcami. Drugie oko spotyka ten samo los. Już z mniejszym pietyzmem, bardziej z mechanicznym zdecydowaniem.
I zapada ciemność. Wieczna.
Czuję jak po policzkach płyną mi ciepłe strumienie krwi. Spokojnie i majestatycznie przemierzają trasę, którą wielokrotnie spływały łzy.
Teraz nie zobaczę już nic, co mogłoby wywołać u mnie smutek.
Zwierciadłami mojej duszy są teraz dwa ciemne otwory wypełnione krwią.
Po omacku podchodzę do stołu, na którym stoi przygotowane akwarium pełne ruchu. Zanurzam ręce w szemrzącej masie, zduszając obrzydzenie. Wyciągam dłonie pełne nieustannie poruszających się mrówek. Przykładam ręce do oczodołów, a czerwone, gryzące drobinki ześlizgują się do środka. Ciemna pustka wypełnia się połyskującym, kłębującym się ruchem. Wygłodniałe owady wbijają swe małe szczęki we wszystko co się da. Z precyzją i ponurą systematycznością wygryzają sobie drogę do mózgu. Niszczą i zjadają galaretowatą tkankę, uwalniając mnie od nadmiaru wspomnień.
Żadnych obrazów. Żadnej tęsknoty. Żadnej miłości.
niedziela, 8 września 2013
W niewoli
Zła, okropna, straszna ja.
Ta, która skrzywdziła, zraniła, oszukała.
Niewdzięczna, kłamliwa, wiecznie niezadowolona.
Beze mnie w końcu oddychasz. Idziesz do przodu, doroślejesz, żyjesz. Jesteś szczęśliwy. Osiągnąłeś to, czego wymagałam. Beze mnie. Chcę wierzyć, że moja perfidia cię do tego zmusiła.
Wariuję. Nie wiem, co jest prawdziwe, a co jest urojone. Czy moje krzywdy zdarzyły się naprawdę? A może tkwiłam w fałszywym poczuciu nieszczęścia, które sama dla siebie stworzyłam? Tak rozsmakowałam się w litości do samej siebie, że zapomniałam o twoich uczuciach?
Wieczna analiza, rozpamiętywanie, odtwarzanie ciągle i ciągle. I mdląca tęsknota za czymś, czego nigdy nie było. Marzenie o cieple drugiego ciała w ciemny wieczór. Pragnienie delikatnych rąk, tulących do snu. Potrzeba twojej cielesności, bo nic więcej nas nie łączyło.
Prymitywna, obrzydliwa, niska chęć.
Urojony sen o twej wspaniałości.
Pławię się obrzydzeniem do samej siebie. Mój umysł mnie oszukał. Jedyna rzecz, którą w sobie kochałam i szanowałam, zakpiła ze mnie. Mój mózg stworzył iluzję, która niespodziewanie roztrzaskała się o rzeczywistość.
Nikomu i niczemu nie mogę ufać.
Wszechogarniające poczucie pustki sprawia, że płaczę patrząc w błękit nieba. Czekam z niecierpliwością na przeznaczenie. Na drogę, którą ktoś mi wskaże i którą będę musiała podążyć. Na ból mięśni działających w jakimś celu. Na determinację mającą jakiś sens.
Szukam magii. Potrzebuję jej. Czystej, nieskazitelnej energii, która uczyni mnie kimś wielkim. I sprawi, że ludzie będą drżeć pod moim spojrzeniem. Nie chcę miłości. Chcę szacunku i lęku. Zniszczenia.
Staram się dostrzegać magię w każdym dniu. Chcę wierzyć, że słodki szum liści i ciepły dotyk wiatru to cud, którego nie jestem w stanie pojąć. A przytłaczający ogrom nieba i siła ziemi to moce, które trzeba respektować. Może i tak. Ale ludzie nadal pozostają marnymi, nic nieznaczącymi istotami. Słabymi, wystraszonymi zwierzątkami, kręcącymi się w kółko. Tylko ich zdradliwe umysły tworzą wspólną iluzję siły, władzy, potęgi. I człowiek w zniszczeniu oraz śmierci dopatruje się wielkości. Nie jest w stanie dostrzec swej marności.
Zgolenie głowy.
Rozbicie czaszki.
Leniwie wypływający płyn. Delikatne ściąganie kawałków kości z miękkiej powierzchni mózgu.
Skóra, krew, kość, płyn.
Metodyczne ruchy, mlaszczące odgłosy.
Ostrze, szczypce.
Obraz poranionego mózgu.
Wyjmowanie narządu i ułożenie go na zimnym blacie czystego stołu. Jaskrawe światło daje doskonałą widoczność.
Krople płynu, strumień krwi, lepkość śluzu.
Rozcięcie półkuli. Szara, galaretowata materia władająca ciałem, teraz rozdzielona pojedynczym ruchem. Nacisk ostrza między sploty, przypominające skurczone dżdżownice. Rozdzielenie na pojedyncze cząsteczki potęgi ludzkiego ciała.
Jednak nigdzie nie ma wspomnień.
A tylko o to chodziło. By usunąć te, które są niepotrzebne lub sprawiają ból. By wyciąć fragmenty upokorzenia i żałości. By znów uczynić się silnym i pewnym.
Pełne złości i rozgoryczenia ciosy noża tworzą na stole lepką, dziwnie falującą maź. Szara tkanka z czerwienią krwi tworzy kubistyczny obraz życia.
Oszukańczy mózg nie pozwoli przejąć nad sobą władzy. Jest bezwzględnym dyktatorem, który pokazuje ci tylko to, co chce żebyś zobaczył. A ty jesteś szczęśliwy.
Ta, która skrzywdziła, zraniła, oszukała.
Niewdzięczna, kłamliwa, wiecznie niezadowolona.
Beze mnie w końcu oddychasz. Idziesz do przodu, doroślejesz, żyjesz. Jesteś szczęśliwy. Osiągnąłeś to, czego wymagałam. Beze mnie. Chcę wierzyć, że moja perfidia cię do tego zmusiła.
Wariuję. Nie wiem, co jest prawdziwe, a co jest urojone. Czy moje krzywdy zdarzyły się naprawdę? A może tkwiłam w fałszywym poczuciu nieszczęścia, które sama dla siebie stworzyłam? Tak rozsmakowałam się w litości do samej siebie, że zapomniałam o twoich uczuciach?
Wieczna analiza, rozpamiętywanie, odtwarzanie ciągle i ciągle. I mdląca tęsknota za czymś, czego nigdy nie było. Marzenie o cieple drugiego ciała w ciemny wieczór. Pragnienie delikatnych rąk, tulących do snu. Potrzeba twojej cielesności, bo nic więcej nas nie łączyło.
Prymitywna, obrzydliwa, niska chęć.
Urojony sen o twej wspaniałości.
Pławię się obrzydzeniem do samej siebie. Mój umysł mnie oszukał. Jedyna rzecz, którą w sobie kochałam i szanowałam, zakpiła ze mnie. Mój mózg stworzył iluzję, która niespodziewanie roztrzaskała się o rzeczywistość.
Nikomu i niczemu nie mogę ufać.
Wszechogarniające poczucie pustki sprawia, że płaczę patrząc w błękit nieba. Czekam z niecierpliwością na przeznaczenie. Na drogę, którą ktoś mi wskaże i którą będę musiała podążyć. Na ból mięśni działających w jakimś celu. Na determinację mającą jakiś sens.
Szukam magii. Potrzebuję jej. Czystej, nieskazitelnej energii, która uczyni mnie kimś wielkim. I sprawi, że ludzie będą drżeć pod moim spojrzeniem. Nie chcę miłości. Chcę szacunku i lęku. Zniszczenia.
Staram się dostrzegać magię w każdym dniu. Chcę wierzyć, że słodki szum liści i ciepły dotyk wiatru to cud, którego nie jestem w stanie pojąć. A przytłaczający ogrom nieba i siła ziemi to moce, które trzeba respektować. Może i tak. Ale ludzie nadal pozostają marnymi, nic nieznaczącymi istotami. Słabymi, wystraszonymi zwierzątkami, kręcącymi się w kółko. Tylko ich zdradliwe umysły tworzą wspólną iluzję siły, władzy, potęgi. I człowiek w zniszczeniu oraz śmierci dopatruje się wielkości. Nie jest w stanie dostrzec swej marności.
Zgolenie głowy.
Rozbicie czaszki.
Leniwie wypływający płyn. Delikatne ściąganie kawałków kości z miękkiej powierzchni mózgu.
Skóra, krew, kość, płyn.
Metodyczne ruchy, mlaszczące odgłosy.
Ostrze, szczypce.
Obraz poranionego mózgu.
Wyjmowanie narządu i ułożenie go na zimnym blacie czystego stołu. Jaskrawe światło daje doskonałą widoczność.
Krople płynu, strumień krwi, lepkość śluzu.
Rozcięcie półkuli. Szara, galaretowata materia władająca ciałem, teraz rozdzielona pojedynczym ruchem. Nacisk ostrza między sploty, przypominające skurczone dżdżownice. Rozdzielenie na pojedyncze cząsteczki potęgi ludzkiego ciała.
Jednak nigdzie nie ma wspomnień.
A tylko o to chodziło. By usunąć te, które są niepotrzebne lub sprawiają ból. By wyciąć fragmenty upokorzenia i żałości. By znów uczynić się silnym i pewnym.
Pełne złości i rozgoryczenia ciosy noża tworzą na stole lepką, dziwnie falującą maź. Szara tkanka z czerwienią krwi tworzy kubistyczny obraz życia.
Oszukańczy mózg nie pozwoli przejąć nad sobą władzy. Jest bezwzględnym dyktatorem, który pokazuje ci tylko to, co chce żebyś zobaczył. A ty jesteś szczęśliwy.
wtorek, 3 września 2013
Kakofonia
Abderyci.
Infantylni abderyci.
Beznadziejni interlokutorzy.
Tajfuny, tornada, huragany. Cyklony.
Niby tchnięci szaleństwem, a jednak bezsprzecznie normalni. Swoją obecność obwieszczają hałasem. Rumorem, szumem, chrobotem. Pozostawiają chaos i mętlik.
Prymityw czy bóstwo?
Ruch. Nieustające poruszenie. Niepowstrzymane spadanie. Bieg, skok, pływanie, latanie, wirowanie. Galop.
Szum, chrzęst, plusk.
Pukanie, skrobanie, szemranie.
Skrzek, kwik, pisk, krzyk.
Hałaśliwe staczanie się ku śmierci. Obleśny dotyk cudzych dłoni. Mokry cmok w policzek. Obłudny uśmiech na nieznanej twarzy. Chrapliwy oddech prosto w ucho. Śmierdzący wydech przy pięknych słowach.
Obrzydliwości.
Stukot, brzdęk, szmer.
Kroki, pozdrowienia, śmiech.
Spojrzenia, pozdrowienia, łyk.
Pulsujący szum otoczenia, oblepiający twoje uszy. Wdzierający się do głowy, otaczający ciasno umysł. Brak myśli, brak wspomnień, jedynie chwiejne obrazy poruszające się do rytmu.
Nie należysz do nikogo. Jesteś niczym i wszystkim. Hałas cię wciąga, pochłania, unicestwia. Nie ma nic innego. Tylko ten wszechobecny, rytmiczny szum ludzkich ciał. Bezustanne brzęczenie wywoływane przez człowiecze usta.
Szum, szmer, szelest, szept. Szaleństwo.
Mlaskanie, siorbanie, cmokanie.
Świergotanie, szczebiotanie, pianie.
Chrzęst, huk, stuk, puk.
Miarowe, głuche uderzenia tępego narzędzia. Trzask pękającej czaszki. Kolejne dźwięki i dźwięki. Nie jesteś w stanie od tego uciec. Jednak w szeleście upadającego ciała odnajdujesz pewną harmonię. Chrzęst łamanych kości nie przyprawia cię o szaleństwo, ale pozwala odczuć satysfakcję. Chlupot i mlaskanie oślizgłych wnętrzności bawi cię dogłębnie.
Tylko te krzyki. Wrzaski. Nieartykułowane dźwięki bólu.
Wycinaniu języka towarzyszy niepowstrzymany strumień krwi. Plusk czerwonej cieczy napełnia cię rozkoszą. Szmer płynącej gęstej posoki uspokaja cię tak, jak woda uspokaja normalnego człowieka.
Pozostawiasz dławiącą się ofiarę w kałuży krwi. Charczenie, splunięcia, stłumione krzyki przyprawiają cię o ból głowy i odbierają radość związaną z uciszaniem.
Wrócisz, gdy nieszczęśnik się wykrwawi.
Wrócisz, gdy ofiara zamilknie.
Wrócisz, by zabawić się cichym trupem.
By uwolnić się od ciągłej kakofonii ludzkich głosów.
By wydobyć pierwotną eufonię brutalnego świata.
Infantylni abderyci.
Beznadziejni interlokutorzy.
Tajfuny, tornada, huragany. Cyklony.
Niby tchnięci szaleństwem, a jednak bezsprzecznie normalni. Swoją obecność obwieszczają hałasem. Rumorem, szumem, chrobotem. Pozostawiają chaos i mętlik.
Prymityw czy bóstwo?
Ruch. Nieustające poruszenie. Niepowstrzymane spadanie. Bieg, skok, pływanie, latanie, wirowanie. Galop.
Szum, chrzęst, plusk.
Pukanie, skrobanie, szemranie.
Skrzek, kwik, pisk, krzyk.
Hałaśliwe staczanie się ku śmierci. Obleśny dotyk cudzych dłoni. Mokry cmok w policzek. Obłudny uśmiech na nieznanej twarzy. Chrapliwy oddech prosto w ucho. Śmierdzący wydech przy pięknych słowach.
Obrzydliwości.
Stukot, brzdęk, szmer.
Kroki, pozdrowienia, śmiech.
Spojrzenia, pozdrowienia, łyk.
Pulsujący szum otoczenia, oblepiający twoje uszy. Wdzierający się do głowy, otaczający ciasno umysł. Brak myśli, brak wspomnień, jedynie chwiejne obrazy poruszające się do rytmu.
Nie należysz do nikogo. Jesteś niczym i wszystkim. Hałas cię wciąga, pochłania, unicestwia. Nie ma nic innego. Tylko ten wszechobecny, rytmiczny szum ludzkich ciał. Bezustanne brzęczenie wywoływane przez człowiecze usta.
Szum, szmer, szelest, szept. Szaleństwo.
Mlaskanie, siorbanie, cmokanie.
Świergotanie, szczebiotanie, pianie.
Chrzęst, huk, stuk, puk.
Miarowe, głuche uderzenia tępego narzędzia. Trzask pękającej czaszki. Kolejne dźwięki i dźwięki. Nie jesteś w stanie od tego uciec. Jednak w szeleście upadającego ciała odnajdujesz pewną harmonię. Chrzęst łamanych kości nie przyprawia cię o szaleństwo, ale pozwala odczuć satysfakcję. Chlupot i mlaskanie oślizgłych wnętrzności bawi cię dogłębnie.
Tylko te krzyki. Wrzaski. Nieartykułowane dźwięki bólu.
Wycinaniu języka towarzyszy niepowstrzymany strumień krwi. Plusk czerwonej cieczy napełnia cię rozkoszą. Szmer płynącej gęstej posoki uspokaja cię tak, jak woda uspokaja normalnego człowieka.
Pozostawiasz dławiącą się ofiarę w kałuży krwi. Charczenie, splunięcia, stłumione krzyki przyprawiają cię o ból głowy i odbierają radość związaną z uciszaniem.
Wrócisz, gdy nieszczęśnik się wykrwawi.
Wrócisz, gdy ofiara zamilknie.
Wrócisz, by zabawić się cichym trupem.
By uwolnić się od ciągłej kakofonii ludzkich głosów.
By wydobyć pierwotną eufonię brutalnego świata.
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Poszukiwania
Odurzona narkotykami myślę o nicości. Oparta o ścianę, przyglądam się swemu ciału. Słyszę rytmiczne uderzenia krwi w uszach.
Bum, bum.
Moje myśli krążą daleko, nieskrępowane przyziemnością. Biegają, latają, pływają w nieskończoności. Daleko od ciała, które pozostawione same sobie, osuwa się na zimną podłogę.
Bum, bum.
Gwałtowny powrót, głęboki wdech. Trafiłam na mentalną barierę. Zadałam odpowiednie pytanie. Zrozumiałam, co muszę zrobić.
Bum, bum.
Ociężale podnoszę się z podłogi. W gęstym półmroku, potykając się o przedmioty, dążę do celu. Drżącymi rękoma wyciągam obiekt mojej fascynacji. Coś drobnego, niepozornego, a niebywale ostrego. Skalpel idealnie pasuje mi do dłoni.
Bum, bum.
Podbudowana obecnością ostrza, uchylam okno. Krzywię się, widząc nikłe promienie słońca. Jednak nie mam wyboru. W świetle łatwiej znaleźć cokolwiek. Przegarniam śmieci, by móc wygodnie usiąść. Jestem niebywale spokojna. Doskonale wiem, co muszę zrobić.
Bum, bum.
Drżenie ciała znika. Biorę głęboki wdech. Krew, której rytm cały czas słyszę, przyspiesza. Jakby przeczuwała nadchodzącą wolność. Bum, bum.
Bum, bum.
Delikatnie, wręcz z czułością, wbijam skalpel w skórę. Bok łydki spływa ciepłą juchą. Zwiększam nacisk, by przebić się przez tłuszcz. Duszę w sobie śmiech, wywołany tą mętną, obłą galaretą. Krew płynie coraz mocniej, ale ja odnalazłam już przerwę między mięśniami i zaczynam ciągnąć skalpel w górę. Odkładam narzędzie i wkładam dłoń w ranę. Ból nie jest istotny. Jestem zdeterminowana, by znaleźć to, co jest mi tak potrzebne.
Bum, bum.
W dłoni czuję tylko ciepłe i lepkie mięśnie. Ich poruszenia sprawiają mi satysfakcje. Z drugą łydką idzie mi szybciej. I tu oprócz płynów i mięsa, nie znajduję nic.
Bum, bum.
Wbijam się w wewnętrzną stronę uda. Szybkim, niecierpliwym ruchem przeciągam skalpel po lekkim łuku. Nie czekam na rezultat, podobnie rozcinam drugą nogę. Krew wylewa się strumieniami, złakniona nieznanego świata. Odrzucam ostrze. Mój oddech przyspiesza, dłonie z niecierpliwością rozgarniają tkanki. Mięśnie, ścięgna, nerwy, kości. Gorzkie rozczarowanie wywołuje pierwsze łzy.
Bum, bum.
Zrozpaczona niepowodzeniem obmyślam dalszy plan. Nie poddam się. Odnajduję skalpel w kałuży krwi. Jest śliski od posoki ale moja determinacja zwalczy wszelkie przeciwności. Podnoszę rękę i rozcinam skórę szyi wzdłuż tchawicy. Jednocześnie pojmuję, że tu też nic nie znajdę. Nie zatrzymuję się więc i przeciągam skalpel, aż do zakończenia mostka. Z rozcięcia mruga do mnie biel kości. Zafascynowana chwytam za krawędzie rany i ciągnę w przeciwne strony. Nie dostrzegam nic zajmującego.
Bum, bum.
Moja wiara jest silna, jednak ciało słabnie. Krew jest już wszędzie. Wypływa powoli, majestatycznie z umierającego ciała. Nie mogę teraz zrezygnować. Rozcinam bok ramienia. Zmęczona i zniesmaczona brzydotą własnego ciała, niedbałym, wręcz nonszalanckim ruchem, powiększam ranę aż do nadgarstka. Krew tryska w ostatnim akcie heroizmu. Przyglądam się temu ze znużeniem. Znów nie znalazłam mojego skarbu.
Bum, bum.
Drugiej ręki nie jestem w stanie rozciąć. Ale może to i lepiej. Pozostanie choć iskierka nadziei, kiedy kolejne rozcięcie okaże się rozczarowaniem. Rozcinam brzuch. Wzdłuż i wszerz. Narządy wylewają się ze mnie z cichym mlaśnięciem. W ostatnim przebłysku zaczynam rozgarniać sprawną ręką uwolnione organy. Mieszanina tkanek utopionych we krwi, nie wywołuje u mnie żadnych reakcji. Płaczę bezsilnie z rozpaczy. W tej krwistej brei też jej nie ma. Zwieszam głowę, by zajrzeć do wnętrza brzucha. Dostrzegam ciemność, tak przejmującą i bezdenną.
Bum, bum.
Krew. Wszędzie jej pełno. Cały czas leniwie ze mnie wypływa. Pojedyncze łzy są jedynymi krystalicznymi tworami mego ciała. Bezsilność, rozpacz, strach. Ostatnie tchnienia rozszarpanej istoty. Resztki życia wypływające na brudną podłogę, by połączyć się ze śmierdzącymi odpadami.
Gdzie jest?
Dlaczego mnie opuściła?
Czy może nigdy jej nie było?
Co się stało z moją duszą?
Bum...
Bum, bum.
Moje myśli krążą daleko, nieskrępowane przyziemnością. Biegają, latają, pływają w nieskończoności. Daleko od ciała, które pozostawione same sobie, osuwa się na zimną podłogę.
Bum, bum.
Gwałtowny powrót, głęboki wdech. Trafiłam na mentalną barierę. Zadałam odpowiednie pytanie. Zrozumiałam, co muszę zrobić.
Bum, bum.
Ociężale podnoszę się z podłogi. W gęstym półmroku, potykając się o przedmioty, dążę do celu. Drżącymi rękoma wyciągam obiekt mojej fascynacji. Coś drobnego, niepozornego, a niebywale ostrego. Skalpel idealnie pasuje mi do dłoni.
Bum, bum.
Podbudowana obecnością ostrza, uchylam okno. Krzywię się, widząc nikłe promienie słońca. Jednak nie mam wyboru. W świetle łatwiej znaleźć cokolwiek. Przegarniam śmieci, by móc wygodnie usiąść. Jestem niebywale spokojna. Doskonale wiem, co muszę zrobić.
Bum, bum.
Drżenie ciała znika. Biorę głęboki wdech. Krew, której rytm cały czas słyszę, przyspiesza. Jakby przeczuwała nadchodzącą wolność. Bum, bum.
Bum, bum.
Delikatnie, wręcz z czułością, wbijam skalpel w skórę. Bok łydki spływa ciepłą juchą. Zwiększam nacisk, by przebić się przez tłuszcz. Duszę w sobie śmiech, wywołany tą mętną, obłą galaretą. Krew płynie coraz mocniej, ale ja odnalazłam już przerwę między mięśniami i zaczynam ciągnąć skalpel w górę. Odkładam narzędzie i wkładam dłoń w ranę. Ból nie jest istotny. Jestem zdeterminowana, by znaleźć to, co jest mi tak potrzebne.
Bum, bum.
W dłoni czuję tylko ciepłe i lepkie mięśnie. Ich poruszenia sprawiają mi satysfakcje. Z drugą łydką idzie mi szybciej. I tu oprócz płynów i mięsa, nie znajduję nic.
Bum, bum.
Wbijam się w wewnętrzną stronę uda. Szybkim, niecierpliwym ruchem przeciągam skalpel po lekkim łuku. Nie czekam na rezultat, podobnie rozcinam drugą nogę. Krew wylewa się strumieniami, złakniona nieznanego świata. Odrzucam ostrze. Mój oddech przyspiesza, dłonie z niecierpliwością rozgarniają tkanki. Mięśnie, ścięgna, nerwy, kości. Gorzkie rozczarowanie wywołuje pierwsze łzy.
Bum, bum.
Zrozpaczona niepowodzeniem obmyślam dalszy plan. Nie poddam się. Odnajduję skalpel w kałuży krwi. Jest śliski od posoki ale moja determinacja zwalczy wszelkie przeciwności. Podnoszę rękę i rozcinam skórę szyi wzdłuż tchawicy. Jednocześnie pojmuję, że tu też nic nie znajdę. Nie zatrzymuję się więc i przeciągam skalpel, aż do zakończenia mostka. Z rozcięcia mruga do mnie biel kości. Zafascynowana chwytam za krawędzie rany i ciągnę w przeciwne strony. Nie dostrzegam nic zajmującego.
Bum, bum.
Moja wiara jest silna, jednak ciało słabnie. Krew jest już wszędzie. Wypływa powoli, majestatycznie z umierającego ciała. Nie mogę teraz zrezygnować. Rozcinam bok ramienia. Zmęczona i zniesmaczona brzydotą własnego ciała, niedbałym, wręcz nonszalanckim ruchem, powiększam ranę aż do nadgarstka. Krew tryska w ostatnim akcie heroizmu. Przyglądam się temu ze znużeniem. Znów nie znalazłam mojego skarbu.
Bum, bum.
Drugiej ręki nie jestem w stanie rozciąć. Ale może to i lepiej. Pozostanie choć iskierka nadziei, kiedy kolejne rozcięcie okaże się rozczarowaniem. Rozcinam brzuch. Wzdłuż i wszerz. Narządy wylewają się ze mnie z cichym mlaśnięciem. W ostatnim przebłysku zaczynam rozgarniać sprawną ręką uwolnione organy. Mieszanina tkanek utopionych we krwi, nie wywołuje u mnie żadnych reakcji. Płaczę bezsilnie z rozpaczy. W tej krwistej brei też jej nie ma. Zwieszam głowę, by zajrzeć do wnętrza brzucha. Dostrzegam ciemność, tak przejmującą i bezdenną.
Bum, bum.
Krew. Wszędzie jej pełno. Cały czas leniwie ze mnie wypływa. Pojedyncze łzy są jedynymi krystalicznymi tworami mego ciała. Bezsilność, rozpacz, strach. Ostatnie tchnienia rozszarpanej istoty. Resztki życia wypływające na brudną podłogę, by połączyć się ze śmierdzącymi odpadami.
Gdzie jest?
Dlaczego mnie opuściła?
Czy może nigdy jej nie było?
Co się stało z moją duszą?
Bum...
czwartek, 1 sierpnia 2013
Magia Artystów
Słowa. Gesty.
Uśmiechy. Spojrzenia.
Oczy. Ludzie.
Całą masa ludzi. Szara breja sunąca przed siebie w nieokreślonym celu. Słabość ciała i umysłu. Dwie rzeczy należące tylko do nich. Brak panowania nad własną istotą. Żałosne.
Jednostki. Pojedyncze egzemplarze.
Błysk oka. Iskierka duszy.
Gdy przechodzą wśród ludzi, słuchać gniewny pogłos wygłaszanych opinii. Ból. Rozpacz. Zagubienie. Chęć przynależenia do społeczności i jednoczesna niezgoda na narzucony schemat. Wieczna walka. Rozczarowanie pojawiające się ciągle i ciągle. Wobec ludzi, których starają się pokochać. Wobec siebie, gdy pojmują, że nie spełniają norm.
Gdzie ja jestem w tym wszystkim?
Zawieszona między światami, nie mogę znaleźć miejsca. Tkwię w kręgu ludzi, którzy znikają, by pojawić się w innym momencie mojego życia. Napełniają mnie otuchą, dzielą się smutkami i radościami. Przy nich zaczynam czuć. Pojawia się światło w bezdennej czerni mojej pustki. Ale nagle coś zaczyna się psuć.
Światło gaśnie, a ja zaczynam spadać.
Pojawia się zrozumienie, że nie jestem taka jak oni. Te indywidua, choć każde tak różne, inne, mają wspólną siłę. Łączy ich artyzm przejawiany w różnej formie, piękno zewnętrzne ale szczególnie to wewnętrzne. Przede wszystkim są magnetyczni. Ciekawi. Interesujący. Przyciągają do siebie szarzyznę, by dzielić się swoimi kolorami. Silnie przeżywają każdy moment, każde wydarzenie. Głęboko odczuwają ból istnienia. Ich inteligencja sprawia, że każdy kto przybywa w ich towarzystwie, czuje się mały i zagubiony. Charyzma, którą posiadają, sprawia, że gdyby tylko chcieli, mogliby rządzić światem.
Daleko mi do nich. Nie jestem godna.
Tkwię nieruchomo między światami. Szarym i kolorowym. Nie mogę iść naprzód, nie mogę się cofnąć. Gniję w bezruchu . Nie jestem zdolna dołączyć do żadnego świata.
Jestem wdzięczna za każdą odrobinę koloru, podarowanego mi z dobroci serca chaotycznej głowy Artysty.
Ofiarujecie mi Magię, dzięki której chcę żyć. Ja, niegodna.
Blond Jedi, Nino, Krystku, Demolu, Alku, Czarny - dziękuję za każdą chwilę.
Uśmiechy. Spojrzenia.
Oczy. Ludzie.
Całą masa ludzi. Szara breja sunąca przed siebie w nieokreślonym celu. Słabość ciała i umysłu. Dwie rzeczy należące tylko do nich. Brak panowania nad własną istotą. Żałosne.
Jednostki. Pojedyncze egzemplarze.
Błysk oka. Iskierka duszy.
Gdy przechodzą wśród ludzi, słuchać gniewny pogłos wygłaszanych opinii. Ból. Rozpacz. Zagubienie. Chęć przynależenia do społeczności i jednoczesna niezgoda na narzucony schemat. Wieczna walka. Rozczarowanie pojawiające się ciągle i ciągle. Wobec ludzi, których starają się pokochać. Wobec siebie, gdy pojmują, że nie spełniają norm.
Gdzie ja jestem w tym wszystkim?
Zawieszona między światami, nie mogę znaleźć miejsca. Tkwię w kręgu ludzi, którzy znikają, by pojawić się w innym momencie mojego życia. Napełniają mnie otuchą, dzielą się smutkami i radościami. Przy nich zaczynam czuć. Pojawia się światło w bezdennej czerni mojej pustki. Ale nagle coś zaczyna się psuć.
Światło gaśnie, a ja zaczynam spadać.
Pojawia się zrozumienie, że nie jestem taka jak oni. Te indywidua, choć każde tak różne, inne, mają wspólną siłę. Łączy ich artyzm przejawiany w różnej formie, piękno zewnętrzne ale szczególnie to wewnętrzne. Przede wszystkim są magnetyczni. Ciekawi. Interesujący. Przyciągają do siebie szarzyznę, by dzielić się swoimi kolorami. Silnie przeżywają każdy moment, każde wydarzenie. Głęboko odczuwają ból istnienia. Ich inteligencja sprawia, że każdy kto przybywa w ich towarzystwie, czuje się mały i zagubiony. Charyzma, którą posiadają, sprawia, że gdyby tylko chcieli, mogliby rządzić światem.
Daleko mi do nich. Nie jestem godna.
Tkwię nieruchomo między światami. Szarym i kolorowym. Nie mogę iść naprzód, nie mogę się cofnąć. Gniję w bezruchu . Nie jestem zdolna dołączyć do żadnego świata.
Jestem wdzięczna za każdą odrobinę koloru, podarowanego mi z dobroci serca chaotycznej głowy Artysty.
Ofiarujecie mi Magię, dzięki której chcę żyć. Ja, niegodna.
Blond Jedi, Nino, Krystku, Demolu, Alku, Czarny - dziękuję za każdą chwilę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)