środa, 11 listopada 2015

Bestie

Bestia ma postać czarnego dzikiego kota.
Jest piękna, drapieżna, kusząca i niebezpieczna.
Zamknięta jest w klatce ze złotych prętów.
Jej sierść połyskuje granatem, długie pazury drapią ziemię, piękny pysk z hipnotyzującymi oczami szuka kolejnej ofiary.
Było ich mnóstwo.
Mdłych, łatwych, głupich.
Żadna się nie broniła.
Żadna jej nie smakowała.
Żadna nie wzbudziła w niej nic poza gniewem.
Szukała emocji.
Polowała na granicach godności.
Dopasowywała do siebie moralność.
Pożerała ciała, by bezlitośnie zabawiać się z duszami.
Ciągle niezaspokojona.
Ocknęła się w ludzkim truchle.
Zniszczonym, zbezczeszczonym, zepsutym.
Nie chciała tego.
Stworzyła klatkę i przywołała strażnika.
Zamknęła swoje instynkty.
Spętała swoją wolę.
Dla dobra innych.

Bestia ma postać wielkiego, szarego wilka.
Jego siła i niezależność robią ogromne wrażenie.
Inni podświadomie utrzymują dystans.
Zdobywca.
Samotnik.
Owładnięty potrzebą miłości.
Poraniony.
Zamknięty w sobie.
Za murem żalu i smutku.
Pewnie kroczy przez świat nie bojąc się niczego.
Nie poluje.
Zwierzyna sama do niego przychodzi.
Najlepsze z nich, zostaną przez niego pożarte.
I są mu za to wdzięczne.
Stworzył stado, które zawiodło.
Miłość odpłaciła się nienawiścią.
Upadł i powstał tylko dzięki sobie.
Dużo oczekuje, więcej wymaga.
Od świata, ludzi, siebie.
Pragnie do bólu.
Nie dopuści do serca.

Znalazł ją przypadkiem.
Ona chaotycznie nerwowa, on oazą spokoju.
Obydwoje zamknięci.
Czarny kot z szarym wilkiem.
Gdy ich oczy się spotkały, rozumieli.
Bestia spotkała Bestię.

Rzucili się sobie do karków.
Szarpali, kąsali, gryźli do krwi.
Kawałki futra unosiły się w powietrzu.
Walka pełna namiętności.
Agresja pożądania.
Gwałtowność emocji.
Ból miłości.
I niemożność zaufania.
Wir uczuć, decyzji, deklaracji.
Ułuda szczęścia.
Wyczerpani walką, upadli splątani.
Poczuli bezpieczeństwo.
Ciepło drugiej istoty, która rozumie.
Wygodna akceptacja.
Stagnacja.
Oswojenie.
I nadal brak zaufania dzikiego zwierzęcia.
Ona zwątpiła.
On uciekł.
Na zawsze.

Czarny kot powrócił do swojej złotej klatki.
Strażnik opatrzył jej rany.
Bólu nie zdołał ukoić.
Tęsknota odebrała jej chęć życia.
Dalsze polowania straciły sens.
Pokonana ofiara.

I tylko w czasie pełni słyszy odległe wycie wilka.  

Tęsknota

Za miejscem. Północ, południe, wschód, zachód. Góry, pola, doliny, morza, jeziora, rzeki. Lasy, pustkowia, bezbrzeża, zabudowania. Miasta i wsie. Wrocław, San Francisco, Paryż. Za tym miejscem w tym czasie z tymi ludźmi.
Za zwierzęciem. Kot, pies, szczur, koń, ptak. Żywy, martwy. Ciepłe futerko, gadzia skóra, śliskość łusek, gładkość piór. Spacer, karmienie, zabawa, opieka. Bezwarunkowa miłość. Za tym oddaniem i wsparciem w każdej chwili.
Za osobą. Mężczyzna, kobieta, dziecko. Ojciec, matka, rodzeństwo, rodzina. Ukochany, ukochana, przyjaciel, przyjaciółka. Dotyk, zapach, brzmienie głosu, uśmiech na twarzy. Chwile, w których płakałeś w ich ramionach. Momenty, w których czułeś się potrzebny, chciany, kochany, bezpieczny. Jakby cała reszta świata nie miała znaczenia. Poczucie, że czas z tą osobą nie jest czasem zmarnowanym. Ma sens. Znaczenie. Za tym ciepłem w sercu dającym siłę, by brnąć dalej w zimnie i ciemności.
Za czymś nieokreślonym. Poczucie, marzenie, wrażenie. Ulotność, nienamacalność, krucha delikatność. Siła, niezależność, pewność. Coś co wzbudza dreszcz wzdłuż pleców. Wyzwolenie, uwolnienie, lekkość bytu. Brak zmartwień i lęku. Niewinność, czystość, beztroska. Za tą wolnością na soczystej trawie, wśród rosy i słońca, bez negatywności.
Za czymś czego się nigdy nie miało. I nigdy się tego nie dostanie. Czego nie było i nie będzie. Za czuciem i odczuwaniem wszystkiego i niczego. Muzyka, której nikt nie zna. Morze, którego nikt nie widział. Głębina, która nie pochłania. Kosmos, w którym można wirować. Magia, która dodaje znaczenia. Przestrzeń, którą można poczuć bez ograniczeń. Brak ciała, jedynie czysty duch krążący po świecie. Czujący wszystko i wszystkich. Bezkres. Za tym pulsującym życiem niestłumionym materialnością.

Ta tęsknota spada na ciebie gwałtownie i pochłania cię bezlitośnie. Wgniata cię w ciemność i pozbawia siły, woli, chęci. Dusisz się łzami i jesteś z tym zupełnie sam. Nie ma nikogo, kto zrozumiałby to co czujesz. Ogrom bólu ściska ci klatkę piersiową. Nie możesz złapać oddechu, ale też wcale nie chcesz o niego walczyć. Pełzasz w poszukiwaniu nadziei. Czegoś co ci pomoże, rozświetli, ulży. Nic nie widzisz, czujesz tylko nieznośny ucisk. Tkwisz w betonowym pokoju, którego ściany zbliżają się do ciebie i odbierają całą przestrzeń. Bijesz w nie pięściami, zdzierasz skórę z kostek, ciepła krew spływa po szorstkiej powierzchni. Ból przywraca cię światu. Szarpiesz się gwałtowniej w swoim więzieniu. Rozbijasz głowę, łamiesz palce, sińce pokrywają całe twoje ciało. Wirujesz wśród obrazów, smaków, zapachów, wspomnień. Zaczynasz spadać, lecisz w powietrzu płynnie i gładko. Czujesz się lekki, do twoich zmęczonych płuc dociera powietrze, z twojego gardła stara się wydobyć niewinny śmiech. Upadek wstrząsa twoim pokaleczonym ciałem, ból powraca i otrzeźwia cię momentalnie. Otwierasz oczy. Blask księżyca w pełni otula świat przyjemną poświatą. Jesteś na środku olbrzymiego pola. Wszystko jest srebrne, tajemnicze, magiczne. Przestrzeń jest bezkresna, jesteś sam na pustkowiu. Ciszę przerywa jedynie twój chrapliwy oddech. Przestajesz myśleć, całym sobą chłoniesz ten bezkres. Nic nie ma znaczenia. Nic tu nie jest ludzkie. Wtulasz się w twardą ziemię i czujesz się stabilnie. Ta samotność jest dobra, tu możesz się odrodzić i znaleźć samego siebie. Odpocząć. Oczyścić się. Zrozumieć.  

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Pałac pamięci

Zanurzony w swoich myślach, mechanicznie przemierzasz miasto. Duchota i gorąco sprawiają, że po twojej skórze spływają słone kropelki potu. Rytmicznymi krokami wzburzasz kurz, pył osiada ci na butach. Czujesz suchość w nosie, gardle, na języku. Przełykanie staje się nieprzyjemne i sprawia ci trudność. Myśli wirują ci w głowie, jakby w poszukiwaniu cienia. Plątanina muzyki, słów obrazów smażąca się, skwiercząca, drgająca w żarze. Nie możesz tego wyłączyć. Wycofujesz się w głąb, odcinasz od hałasu, skupiasz się na potrzebie skrycia w cieniu i wypicia wody. 
Idziesz chodnikiem. Szare, cementowe płyty nagrzane słońcem palą cię w stopy, pomimo zakurzonych butów. Przechodzisz przez najzwyklejsze osiedle, pełne domków jednorodzinnych, nierównych płotów, rozpadających się bram, zasuszonych ogrodów. Wszystkie są takie banalne, ociekające powierzchownym szczęściem. Każdy z nich tworzy ułudę miłości, więzi rodzinnych, ułożonego życia. Sprawiają wrażenie otwartej przyjaźni, swobodnej gościnności. Tak naprawdę odgrodzone są od siebie barierami silniejszymi niż chybocące się płoty. Pozamykane wnętrza beznamiętnie obserwują obcych, schronienie oferując jedynie zaufanym znajomym. Ogrody kuszące jednością z naturą i światem, oddzielone od siebie tworzą malutkie, indywidualne krainy z własnymi tajemnicami. 
Czujesz się samotny, niechciany, opuszczony, odgrodzony, odrzucony. Wypchnięty poza zamknięcia zostałeś przytłoczony wolnością. Marzysz o otwartych drzwiach, o domu, którym zachwycisz się, ale jednocześnie delikatnie zmienisz, by miał również cząstkę ciebie. Snujesz się zdesperowany w upale cichymi i pustymi ulicami.
Coś przyciąga twoją uwagę. Nie wiesz, czy to obietnica chłodnego wytchnienia, oryginalność budynku czy poczucie okazji, której nie możesz zmarnować. Zatrzymujesz się przy starej, zaniedbanej, drewnianej furtce. Przed tobą rozciąga się imponujący widok. Ogród pełen ziół i wysokich traw, kilka starych i skarlałych drzew owocowych rosnących w pewnej odległości od siebie. Pod wyjątkowo rozłożystą jabłonią skrywa się ławeczka, na której wyleguje się czarny kot. Wąska ścieżka prowadzi do okazałego domu z ciemnego drewna. Sprawia wrażenie starego, lekko zaniedbanego, ale fascynującego. Jest piętrowy, przyozdobiony wieżyczką z lewej strony. Duże okna nadają lekkości budowli, pojedyncze witraże dodają blasku i radości, białe firanki dają wrażenie przytulnego bezpieczeństwa i bajkowej romantyczności. W oknie wieżyczki czytając książkę siedzi młoda, piękna dziewczyna. Patrzysz na nią oniemiały i pełen wątpliwości. Twój natarczywy wzrok przyprawia ją o dreszcz, przez co podnosi głowę znad lektury i spogląda na ciebie. Macha do ciebie i zachęca do wejścia. 
Nie masz wątpliwości. Chwilę mocujesz się z furtką i raźno wchodzisz na ścieżkę. Zapach ziół lekko cię odurza. Dziewczyna nie poruszyła się, nadal z lekkim uśmiechem obserwuje twoje ruchy. Im jesteś bliżej, tym lepiej ją widzisz. Ma ciemne, gęste, kręcone włosy, które niesfornie sterczą jej dookoła dziecięcej twarzyczki. Duże, ciemne oczy nie odrywają się od twojej twarzy, uważnie badając każdy jej szczegół. Jesteś zaintrygowany.
Śmiało popychasz duże, dwuskrzydłowe drzwi i wchodzisz do przyjemnie chłodnego wnętrza. Hol jest duży i jasny, naprzeciwko ciebie skręcają się sosnowe schody na piętro. Podłoga jest strasznie zakurzona, nie widać koloru płytek. Co dziwniejsze, nie ma śladu kroków, jak gdyby nikt od bardzo dawna się tu nie kręcił. 
Dziewczyna nie schodzi, by się przywitać, więc postanawiasz się trochę rozejrzeć. Skręcasz w pierwszy pokój od lewej i trafiasz w dziecięcy rozgardiasz. Mnóstwo rozsypanych zabawek, porcelanowych lalek i pluszowych misiów przemieszanych z klockami i kredkami. Ostrożnie stawiasz stopy, by na niczym się nie poślizgnąć. Ściany pokryte są kolorową, pogodną tapetą, lampa imituję biedronkę. Na regale w równych rzędach stoją książki. Bajki z różnych krańców świata, pięknie lub kiczowato ilustrowane. Oraz cały regał atlasów przyrodniczych z ogromnymi zdjęciami dzikich zwierząt. Przeglądasz je z dobrotliwym, rozmarzonym uśmiechem. Idziesz dalej.
Kolejny pokój nie jest już tak infantylny. Tym razem ściany zakryte są plakatami z przeróżnymi postaciami, krzyczącymi lub zalotnie się uśmiechającymi. Na bałagan składają się sterty ubrań, pudeł i papierów. Rozbite lustro straszy z ciemnego kąta. Na dużym łóżku, nakrytym puchatą kołdrą, leżą podarte zdjęcia i nadpalone pamiętniki pełne gniewnych słów. Nie czujesz przyjemności z przebywania w tym pokoju, echo nastoletniego bólu nadal jest wyczuwalne. Przechodzisz dalej.
Szok. Strach i instynktowna chęć ucieczki. Pokój jest przerażający. Wszędzie leży rozbite szkło, na niektórych kawałkach widać zakrzepłą krew. Ściany są podrapane, przeorane pazurami dzikiej bestii zamkniętej w klatce. Gdzieniegdzie wiszą obrazy przedstawiające potwory, mroczne zaświaty, abstrakcyjne bestie. Strach i śmierć w różnych konfiguracjach. Część obrazów pospadała, stoją więc na ziemi oparte o ścianę lub leżą ilustracjami do dołu. Ruszasz ostrożnie, przejęty bólem i złością tego miejsca. W kącie coś intrygująco majaczy. Podchodzisz bliżej, cofasz się gwałtownie, z przejęcia nie możesz złapać oddechu. Patrzysz na trzy słoje pełne gęstej cieczy, w której pływają ludzkie narządy. Mózg, serce, genitalia. Mdli cię i czym prędzej wybiegasz z pokoju. 
Zaniepokojony i zagubiony, z pytaniami cisnącymi się na usta, wbiegasz po schodach. W popłochu, tylko pobieżnie oglądasz pokoje na piętrze. W pierwszym rośnie mnóstwo roślin, drzewek doniczkowych o potężnych liściach, pnących się bluszczy i szafek z ozdobnymi mchami. Powietrze jest tam gęste i bardzo wilgotne. Nie przynosi ulgi ani wytchnienia. Drugiego pokoju nie powstydziłaby się profesjonalna wróżka. Stół do seansów spirytystycznych, szklana kula stojąca na rozsypanych kartach tarota, pęki suszonych ziół zwisające z sufitu, mapa nieokreślonego gwiazdozbioru wisząca obok tabel numerologicznych. Duszący zapach kadzidła. Czarny kot, którego widziałeś w ogrodzie, leży rozciągnięty na regale obok książek o czarnej magii. Zniesmaczony idziesz do ostatniego pokoju, uzyskać jakiekolwiek wyjaśnienia. 
Trafiasz do biblioteki. Regały z książkami zaczynają się od podłogi i ciągną aż pod sufit. Właściwie w tym pokoju nie ma nic więcej. Książki są wszędzie. Te, które nie znalazły miejsca na półkach, stoją w stosach różnej wielkości na podłodze. Atmosfera jest specyficzna, w powietrzu czuć niezliczone opowieści i wynikające z nich mądrości. Czujesz ukojenie, które znika, gdy znajdujesz kanapę umieszczoną w wystawce stylizowanej z zewnątrz na wieżyczkę. Dziewczyny tam nie ma. Natomiast wygodnie rozparta na poduszkach, z książką na kolanach, siedzi duża porcelanowa lalka. Jej sztuczne, syntetyczne włosy pokrywa brud, duże, namalowane oczy widzą tylko pustkę. Tajemniczy uśmiech nie jest skierowany do nikogo konkretnego.
Padasz na kolana. Zanosisz się płaczem. Jesteś zdezorientowany i przerażony. Nie rozumiesz, jak mogłeś tak dać się nabrać. Nie wiesz, czy przypadkiem nie znalazłeś się w śmiertelnej pułapce. Łkasz spazmatycznie. Nagle czujesz coś ciepłego i miękkiego ocierającego ci się o plecy. Obracasz się i chwytasz  ręce czarnego kota. Tulisz twarz w jego lśniące, delikatne futerko. Jego obecność jest taka pocieszająca, optymistyczna, żywa. Spoglądasz w zielone oczy przedzielone pionową źrenicą i zbierasz swoje siły. Wtedy czarne futro zaczyna linieć, sierść wypada garściami. Kot zamyka oczy, skóra mu wysycha i kruszeje, drobne kostki spadają na zakurzoną, drewnianą podłogę. 
Rozglądasz się po pokoju. Książki zniknęły. Nagie ściany z ciemnego, przeżartego przez korniki drewna, rażą swoją surowością. Brudne, popękane okna prawie nie przepuszczają światła, które dostaje się do środka zniekształcone przez siatki pęknięć. Słyszysz terkot, gdy do twoich stóp toczy się główka lalki. Bez włosów, brudna i brzydka, z nieblaknącym, tajemniczym uśmiechem.
Wycofujesz się w panice. Dom zaczyna trzeszczeć, ściany pękać, kurz unosi się w powietrzu. Zbiegasz ze schodów, gwałtownie szarpiesz się z drzwiami wyjściowymi, w końcu wybiegasz do ogrodu, który jest martwy. Uschnięte drzewa straszą drapieżnymi gałęziami. Sucha trawa drażni i kłuje. Biegniesz jak najszybciej. Już zza furtko obserwujesz jak dom, którym się zachwyciłeś, o który chciałeś dbać i troszczyć się, w którym miałeś być szczęśliwy, rozsypuje się. Tumany kurzu na moment przysłaniają gorące słońce. Gdy opadną będzie można zobaczyć jedynie ruiny. 
Dałeś się zwieść iluzji, abstrakcji, wyobrażeniom. To co widziałeś, zawsze było tylko pustką.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Burza orgazmu

Gorąco. Upał. Żar. Duszno.
Powietrze wisi nieruchomo nie przynosząc ukojenia. Atmosfera napręża się w niezaspokojonym oczekiwaniu. Skórę zrasza lepki pot. Mokre ubrania ściśle przylegają do ciał.
W zmęczeniu i zniechęceniu zsuwają z siebie materiały. Odczuwają pewną ulgę, ale daleka jest ona od pełnego wytchnienia. Dotyk drugiego człowieka przynosi tylko dyskomfort, bolesną nieprzyjemność, kolejne ciepło, które trzeba zwalczyć. Warczą na siebie, niczym rozdrażnione bestie. Gęsta krew wolno płynie przez bladoniebieskie żyły, wyraźnie widoczne pod skórą.
Pierwsza kropla deszczu jest równie zaskakująca, co wyczekiwana. Uderza bezgłośnie w rozgrzane ciało. Jej zimno przeszywa niczym prąd. Orzeźwia i pobudza. Z ust wymyka się westchnienie ulgi. Kolejne krople zmywają zmęczenie i zniechęcenie, ujawniają dziecięcą radość bycia. Szczęśliwi wyciągają ręce do nieba, jakby miało to skrócić drogę wodzie. Deszcz spływa po ich rozgrzanych ciałach, wpija się w wyschniętą ziemię, przynosi życie roślinom. Cały świat bierze głęboki oddech.
Gwałtowny wiatr zrywa się wraz z pierwszym ukąszeniem. Mężczyzna wgryza się kobiecie w kark. Drzewa trzeszczą zaniepokojone.
Krew spływa jej na plecy.
Suche liście wirują w powietrzu.
On odchyla głowę z jękiem rozkoszy.
Ciemne, ciężkie chmury przysłaniają wszelkie światło.
Ona wpija się w jego usta. Całują się tak rozpaczliwie, jakby świat miał się skończyć.
Deszcz nie przynosi już ulgi. Teraz wzmocniony wiatrem siecze boleśnie wszystko, co napotka na swej drodze. Czuć cudowny zapach mokrej, lecz jeszcze ciepłej ziemi.
Chmury kłębią się.
On znów rzuca się do jej szyi, lecz tym razem odrywa kawałek mięsa. Krew tryska, przeżute mięso trafia do żołądka, kobiece westchnienie niknie w huku pierwszego grzmotu. Ona upada w błoto, czerwień miesza się z ciemnym błotem. On dopada do niej, niczym zwierze. Szarpie, gryzie, rozrywa.
Błyskawice rozdzielają niebo na kawałki.
Ona nie walczy, nie opiera się, pragnie więcej i więcej. Ból, przyjemność, makabra, piękno, śmierć, życie. Krzyki namiętności tworzą z dźwiękami burzy przejmującą symfonię.
Drzewa się łamią. Wiatr wiruje. Deszcz chłoszcze. Grzmoty ogłuszają. Błyskawice wściekle uderzają w ziemię.
Kobiece ciało zostało obdarte ze skóry, pojedyncze ochłapy podrywają się wraz z podmuchami wiatru. Obnażone mięso chłonie lodowaty deszcz, który poraża nerwy i przyprawia ją o przejmujące doznania. Żyje i czuje to każdą swoją komórką. Krzyczy prosto w niebo, jakby rzucała mu wyzwanie. Kto jest silniejszy, kto gwałtowniejszy, kto bardziej szalony.
Chmury zderzają się, kłębią, trzeszczą.
Mężczyzna jest u kresu sił. Jego namiętność powoli gaśnie, żądza destrukcji została zaspokojona. Dłonie i usta umazane ma krwią. Twarz i tors zrosiły mu tylko jej kropelki, które wraz z deszczem pozostawiły na jego ciele artystyczne bohomazy. Wojownik po zwycięskiej walce. Bohater po heroicznym czynie. Bóstwo nasycone śmiercią.
Burza powoli cichnie.
Nachyla się do niej ostatni raz. Całuje ją w pogryzione wargi. Wysysa z niej ostatnie tchnienie. Przez chmury przebijają się promienie słońca.
Mężczyzna podnosi się z wysiłkiem i spogląda na resztki swojej partnerki.
Wiatr zniknął zupełnie.
Zastanawia się nad przywłaszczeniem sobie któregoś z organów.
Pojedyncze, słabe krople deszczu tworzą kręgi na kałużach.
By mieć ją zawsze przy sobie.
Nieśmiało podśpiewywać zaczynają ptaki.
By pamiętać.
Na niebie pojawia się kolorowy łuk tęczy.
Mężczyzna wzrusza ramiona i odchodzi z pustymi rękoma.
Jej już nie ma.

niedziela, 7 czerwca 2015

Trzech

Czuję ich wszystkich w głowie.
Mieszają się, kotłują, zapychają.
Nie mam miejsca dla siebie.
Emocje, myśli, smutki, obawy, radości, namiętności. Ludzkie wewnętrzne zawirowania. Gnieżdżą się we mnie, jakby miały tu lepiej niż u właścicieli. A im robi się lżej. Pozbawieni bagażu odchodzą pogodnym krokiem.
Szukam samotności. Potrzebuję jej. By zrzucić to z siebie, przeanalizować i uporządkować. Lepsze oddać. Gorsze zakopać. Odzyskuję siebie. Swoją pustkę.
I zastanawiam się, czy ten zamęt wynika z mojej słabości? Nie potrafię się obronić? A może moja pustka służy do gromadzenia nadmiaru emocjonalności? Takie jest moje przeznaczenie i nie powinnam narzekać? Pomagam czy szkodzę?
Trzęsą mi się ręce.
Daję się ponieść szaleństwu. Wyłączam głowę i ruszam przed siebie. Poznaję mieszankę wybuchową. Inteligencja i siła. Bogactwo i władza. Zdecydowanie i określony cel. Niski, wibrujący głos i delikatne, czułe ręce. Opiekun, obrońca, rodzic wymagający posłuszeństwa. Otoczony przez szkło i biel mebli, opowiada o istocie kontaktów z naturą. Rozpieszczony wygodami traci szacunek do ludzi, jednocześnie pozostając rozsądnym i racjonalnym członkiem społeczności. Tuli głowę w moich ramionach szukając ukojenia w bólu, do którego nie chce się przyznać.
Stabilizuję się. Oddycham wolniej. Uspokajam ciało.
Pojawia się otulony bezczelnością i pewnością siebie. Zawadiacko się uśmiecha, drapieżnie mruży oczy, emanuje siłą. Wzbudza zainteresowanie i chęć odwetu za dowcipne zaczepki. Zdeterminowany, ambitny, napędzany własną fizycznością dąży do bycia najlepszym. Dobra materialne dają mu stabilizację. Jest dumny z tego kim jest, a jednak potrzebuje potwierdzenia w oczach oblubienicy. Pragnie bliskości i czułości, chce opiekować się i chronić ukochane osoby. Dominować i zgrywać wybawiciela. Sprowokowany traci kontrolę, panicznie próbuje odzyskać nade mną panowanie, rozpaczliwie chce zrozumieć.
Uciekam. Nabieram dystansu. Nie spełniam ich oczekiwań. Nie będę się dostosowywać. Nie czuję nic.
Są wojownikami. Nie odpuszczą. Dopadają do mnie jednocześnie. Każdy ciągnie w swoją stronę. Zaczynam pękać.
Rozdarcie pojawia się wzdłuż kręgosłupa, czarna krew skapuje na ziemię. Nie przestają. Wgryzają się w mój bark, rozrywają mięśnie i ścięgna. Tulą zakrwawione twarze w moje policzka, znów chwytają za ręce i walczą o moje ciało. Pękam między piersiami. Pojawiają się żebra, pojawia się żołądek, wypadają jelita. Wszystko jest czarne, cuchnie zepsuciem, dymi się delikatnie. Nie zwracają na to uwagi. Rzucają się do klatki piersiowej, gołymi rękami wyłamują żebra, odrzucają mostek i płuca, wyrywają serce. Patrzą na nie z mieszaniną szoku i obrzydzenia. Serce wygląda na martwe od dawna, być może nigdy tak naprawdę nie działało. Z aorty leniwie kapie gorąca, gęsta  smoła. Smród jest nie do zniesienia.
Patrzą na mnie z niedowierzaniem. W moich martwych oczach nie mogą znaleźć odpowiedzi. I tak by nie wysłuchali. Ogarnięci poczuciem siły i chęcią opieki, nie dawali wiary moim ostrzeżeniom. Zbywali mój ból, obiecując lepsze życie. Opowiadali o sobie, jakby to miało nadać sens mojemu istnieniu.
Trujące opary z moich zwłok uniemożliwiają im oddychanie. Duszą się, dławią, ich wygimnastykowane ciała potrzebują świeżego powietrza. Zgięci w pół, biegną jak najdalej ode mnie, porzucają swoją misję, nie mają już kogo ratować.
Z ciemnego kąta wyłania się nowa postać. Podchodzi do zwłok nonszalancko, z wyższością. Każdy jego ruch ocieka drwiną. Spokojnie zaciąga się papierosem, delektuje się dymem zmieszanym z oparami gnijącego ciała. Dla niego nie stanowią one zagrożenia, kiedyś otrzymał dawkę jadu i przetrwał, uodpornił się. Przypomina sobie nasze liczne rozmowy. Jak słuchaliśmy siebie nawzajem. Jak upadłam, przytłoczona jego osobowością. Śmieje się ironicznie i dopala papierosa. Rzuca niedopałkiem w moje ciało, które momentalnie pokrywa się płomieniami. Przez chwile  grzeje nad nimi ręce, a potem odchodzi nie odwracając się.
Popiół miesza się z ziemią. Nic nie czuję.

piątek, 29 maja 2015

Interpunkcja miłości

Wiersz Chichotki, z odrobiną mojej pomocy :)




Miłość...
Miłość?!
Miłość!
Miłość?
Miłość.
Nie.
<3











poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Nie.

Nie mam ochoty. Chęci.
Pragnień, potrzeb.
Nie chcę. Nie mogę. Nie potrafię.
Wszystko się miesza, każdy intensywny kolor. Powstaje mdła, nijaka maź rzeczywistości. Nie chcę tu być.
Czuje ogromny nacisk, jakby ktoś miażdżył mi głowę.
Słowa, obecności, istnienia. Pełno, mnóstwo, niebotycznie wiele. Nie do zniesienia. Duszno, gorąco, wymiotuję.
Nie mogę wytrzymać. Nie widzę drogi ucieczki. Wszędzie ludzie, ich energia, duchowość. Marnotrawiona, niszczona, bezczeszczona. Zaniedbana, splątana, pogubiona, słaba i rozpaczliwa. Oraz ich fizyczne ciała. Porozciągane, poprzebijane, wytatuowane. Poubierane, wyperfumowane, odmalowane. Maskujące strach i gorycz. Kryjące nieśmiałość oraz niezadowolenie ze świata i z samych siebie. Zwracające uwagę błyskotkami, ponieważ ich osobowość nie ma czym lśnić. Pustka w oczach.
Oni też nie mają ochoty. Ani znaczenia.
Nie mogę nabrać powietrza, spokojnie odetchnąć, normalnie funkcjonować. Napędzana nienawiścią i obrzydzeniem pokonuję kolejne dni. Nie mam już sił. Nozdrza zapycha mi smród. Ludzkiego strachu, niepokoju, zmartwień, a nade wszystko, smród mojego własnego ciała. Miękkość jego konstrukcji, chemia jego działania, odpady jego użytkowania. Niepowstrzymane gnicie.
Tkwię w tym organicznym więzieniu i trawię sama siebie. Kiedyś miałam potrzebę, chęci i ochotę krzyczeć, szarpać, rozrywać, niszczyć, krzywdzić. Pławić się w bólu i cierpieniu. A potem śmiać się i cieszyć. Kochać i nienawidzić. Umierać i odradzać się.
Teraz nie.